I tu z krzeseł zrywają się branżowi „eksperci”. „No jak to?! Świętokradztwo! Pełno ich – świetne, innowacyjne, albo przynajmniej dobrze rokujące. Sam w zeszłym tygodniu trzy takie widziałem! ”Hmm, mówisz? To te same, w które jako kraj inwestujemy nieustannie od wielu lat? Wymień mi te sukcesy” – odpowiadam wtedy w myślach. Bo ja ich nie widzę…

Akurat w tej dyskusji chciałbym stanąć po drugiej stronie barykady, bo aktualnie to bardziej funduszy mi żal. Zapakowane finansowaniem muszą inwestować, a właściwie “dawać szansę”, nawet tym przeciętnym. A nuż wyjdzie? Jak nie wydamy tych pieniędzy to nie dostaniemy na swoje utrzymanie i nie kupimy losu na loterię, gdzie podobno co piętnasty los spłaca cały fundusz. A właśnie – to ile takich przypadków w ogóle było? I nie mówię tutaj o wymęczonych wyjściach nieco ponad kreską. Na takie „exity” pomysłów i realizacji jest wiele, bo wiadomo – wraca grosz, który jest już w większości „swój”. Pytam o modelowe przykłady „exitów” za grube pieniądze, spłacających tuzin porażek…

No cóż, ja znam tylko jeden, sam w sobie zawstydzający: to Satus, który za 25 mln zł sprzedał część udziałów w… Synerise (tak, tym samym Synerise, co miał dwa razy większą stratę niż przychody i dla branży stał się dyżurnym chłopcem do bicia). I nie mówcie mi, że jeszcze za wcześnie. Trzynaście lat temu – tak, TRZYNAŚCIE lat temu! – Tomasz Czechowicz założył się z kolegą z innego VC o to, że już niedługo wychowamy sobie unicorna, „polskiego Skype’a”. Poczytajcie, pośmiejcie się –pełna groteska. Ponad dekadę później jedyne, czym możemy się pochwalić, to kolejne rundy i bezpieczne wybory, jak Maryla Rodowicz w Sylwestra na Jedynce.  Skoro już wcześniej zainwestowaliśmy, a nic nowego sensownego się nie pojawia, to pakujmy dalej tam, gdzie – przynajmniej teoretycznie – dokładając grosza zwiększamy prawdopodobieństwo sukcesu (i wcale to nie jest przytyk do tych największych, dziewięciocyfrowych inwestycji – tym faktycznie może się udać i trzeba im kibicować).

Być jak Miss Polski

Wracając do jakości projektów na rynku. Bida z nędzą. Posucha. Rozpacz i dramat. Typowy początek lejka, gdzie do typowego funduszu wpada typowa propozycja zainwestowania okrągłego miliona, wygląda tak: „Chciałbym zrobić to i to, potrzebuję pieniędzy i kogoś, kto by mi to zrobił. Pomóżcie pliz”. Serio. Pewnie grubo ponad połowa z setek maili trafiających rocznie do przeciętnego funduszu to infantylny bełkot. Coś w rodzaju apelu: „Chciałabym, żeby na świecie był pokój i żeby nie było wojen”, kiedy to Miss Polski próbuje zabłysnąć czymś kompletnie wykraczającym poza zakres jej kompetencji. To fajnie, że mamy wielu fantastów i nie powinniśmy, co do zasady, podcinać im skrzydeł, ale z takich pomysłów miliardów nie będzie. A dzisiaj nie są warte milionowych inwestycji, tylko równowartość drożdżówki z jagodami.

Podaję krótki „templejt”, którym obdzielicie radością i nadzieją takich start-upowych adeptów: „Twój pomysł już został zrealizowany – nazywa się Face-book. Chcesz z niego uszczknąć coś dla siebie? Załóż fanpage/grupę, gdzie będziesz rozkręcał zainteresowanie tym, co chcesz zrobić. W zasięgu kliknięcia masz 25 milionów Polaków, którzy czegoś szukają, chcą się wymienić doświadczeniami, motywować itd. Facebook jest do tego idealny. Nie potrzebujesz nawet pół programisty. Tylko swój czas, kreatywność i zaangażowanie. Jak zbierzesz tam tysiące ludzi, którym przydaje się to, co robisz – wtedy możesz pomyśleć jak wybić się na niezależność i zbudować coś alternatywnego do Facebooka. Czekamy na ten moment z workiem pieniędzy. Pozdrawiamy, Twój Przyszły Fundusz”.

A co z resztą? To przeciętniacy z jako takim pomysłem, jako takim zespołem i jako takim zaangażowaniem. Dostający jako takie finansowanie. No i co wyjdzie z tej ekscytującej mieszanki? Zgadliście – nic spektakularnego. „A players hire A players; B players hire C players; and C players hire Losers” – i my w tej hierarchii mamy zdecydowaną przewagę trzecioligowego narybku, który nie przebija się do europejskiej, a co dopiero światowej czołówki. Guys, bądźmy ze sobą szczerzy. Zżymanie się, że „Wired” nikogo z naszych nie wrzucił do rankingu europejskich czempionów, a Warszawa nie jest wymieniana na jednym wydechu z Londynem, Barceloną czy Tel Awiwem, nie ma absolutnie żadnego sensu. Jest kiepsko. Mija druga dekada, a my nie mamy nic. CD Projekt się nie liczy, bo żaden fundusz się do tego nie przyłożył, a ratującą tę firmę pożyczkę dał facet, który produkuje wagony kolejowe.

Windą donikąd

Duma narodowa każe się chełpić tym, co robimy, chociaż mierzalnych sukcesów ciągle brak – trochę jak w motoryzacji. Owszem, pół Europy jeździ w naszych fotelach i świeci naszymi reflektorami, ale produktowo Wikipedia kończy peany na Syrenie i Polonezie Caro. W IT analogicznie – softwarehouse’y prężne i uznane mamy, ale cóż, to nadal tylko podwykonawstwo, gdzie ktoś nam mówi co i jak mamy robić, a potem spija śmietankę. W sukcesach na startupowym polu biją nas na europejskim rynku dużo mniejsze kraje. A nawet, kiedy już się dochrapaliśmy działających globalnie projektów, z powodu których rozpiera nas duma, to porównanie cyferek – zasięgu, wyników, finansowania – szybko pozbawia nas złudzeń (jak Jacka Walkiewicza, który parkując wyśnionego przez lata kampera z zaskoczeniem orientuje się, że “Niemcy mają lepsze!”). No tak, przecież nie stali w miejscu ostatnią dekadę, a do tego jeszcze Estonia, Łotwa czy Czechy też przed nami…

Wiecie, że na Web Summit do Lizbony wysyłamy co roku kilkadziesiąt razy więcej turystów niż startupów? A nawet jak się pojawiamy, to gdzieś na pięć minut albo na tymczasowym stoisku wielkości windy w peerelowskim punktowcu (serio). Byłem ostatnio na demoday, gdzie zamiast zachwytów na usta cisnęło się tylko: “I to żeście k… te trzy miesiące robili?”. Klikam w loga projektów na stronach funduszy. 99 proc. z nich skończy swój żywot wraz z końcem podarowanych pieniędzy na kontach. Nie hejtuję, to są smutne realia.

Czy naprawdę brakuje nam talentów? Nie. Po prostu finansowanie dostają nie ci, co powinni. Czyli tacy, co do drzwi VC pukają, a nie ci, do których fundusze same powinny pukać i życzliwie pytać, czy mogą pomóc rozbujać ich tlący się biznes. Bo ludzie z głową na karku naprawdę są – tyle że poza radarem, z dala od ścieżki utartej przez kolędujących po funduszach. Przepraszam, ale ja po prostu nie wierzę, że dobre projekty zaczynają się od szukania pieniędzy. Z unijnego dobrobytu nam się trochę poprzewracało – dajemy za dużo, za wcześnie i dla niewłaściwych intencji. Gdzieś nam umyka, że nie wystarczy dobry rower i sztab dookoła, ale trzeba też pedałować mocniej niż ktokolwiek inny, bo mamy duże zaległości do peletonu, o koszulce lidera nie wspominając.

Nie dajemy wystarczających „smart money”, bez których uczymy się głównie na błędach, a to droga wolna i kosztowna. Pytanie, kiedy ktoś się zorientuje, że „just money” już dawno nie działa, samymi grubymi miliardami dystansu nie nadgonimy, a cieplarniane warunki pogarszają sytuację? Kiedy pomysłodawcy, odwrotnie niż dzisiaj, będą się zastanawiać jak tu sięgnąć po jak najmniej, jak najpóźniej? Jeśli nie zmienimy myślenia na mądrzejsze (co dotyczy zarówno startupów, jak i funduszy), to nic się nie zmieni i za 10 lat ten tekst będzie nadal aktualny. Czego nam wszystkim nie życzę.

Rafał Agnieszczak  

to jeden z pierwszych polskich przedsiębiorców e-commerce, twórca portali Fotka.pl, Świstak.pl, Furgonetka.pl, a także Finansowo.pl. Wcześniej był m.in. menedżerem ds. treści w Ahoj.pl. Ukończył Szkołę Główną Handlową na kierunku zarządzanie i marketing. Pierwszy milion złotych zarobił w wieku 25 lat, ale – jak sam podkreśla – nie czuje się człowiekiem sukcesu.