Nikt przy zdrowych zmysłach nie zostałby przedsiębiorcą, gdyby przed złożeniem wniosków w ZUS-ie i urzędzie skarbowym musiał przeczytać Kodeks pracy oraz podpisać się – podobnie jak pod zgodą na przeprowadzenie operacji i wzięcie na siebie związanego z nią ryzyka – że akceptując przepisy w nim zawarte, jest nadal w pełni władz umysłowych. Tymczasem praktycznie już wszystko, co ma wpływ na nasze zdrowie i życie – od zwykłej wody źródlanej do leku antynowotworowego – podlega czasochłonnym procedurom sprawdzającym oraz dopuszczającym. Intensywnie zaczęto nawet badać powietrze atmosferyczne, w celu określania znajdujących się w nim stężeń masowych frakcji pyłu zawieszonego.

Jedynymi podmiotami w Polsce, których aktywności nie podlegają ocenie oddziaływania na środowisko są naczelne organy państwa. Skoro przepisy przez nie „uskuteczniane” mają być dla nas, a przynajmniej dla jakiejś części, dobroczynne, to należy je również poddać, podobnie jak leki, specjalnej procedurze rejestracyjnej i dopuszczającej do użycia wraz z informacją o możliwości wywołania niepożądanych skutków. Ponadto każdy przepis powinien przejść analizę „toksykologiczną”, aby zawczasu zmniejszyć liczbę prawdopodobnych przypadków zatruć i powikłań naszego życia w wyniku ich zastosowania oraz polepszyć ochronę społeczeństwa przed niebezpiecznymi przepisami, jak przed substancjami psychotropowymi, odurzającymi oraz psychoaktywnymi w ustawie o tzw. dopalaczach.

Uzasadnieniem dla takiej procedury wobec przepisów jest obserwacja – nie do zakwestionowania jak grawitacja – że władza działa jak narkotyk, który wbija politykom do głowy, że są inteligentni i niezastąpieni, a nawet nieśmiertelni. Stąd malujące się na ich twarzach, mimo telewizyjnego makijażu, poczucie błogostanu poza czasem i przestrzenią. Skutkiem tej nirwany jest uchwalanie przez polityków przepisów wskazujących, że nie ogranicza ich ludzkie pojęcie czasu i dlatego nie traktują wprowadzonych utrudnień jako istotnych dla siebie.

Innowacją polityczną w obecnym systemie ma być gwarancja, że przepisy „utrudniające działanie” będą przyjmowane na całe 6 miesięcy przed wypróbowaniem ich na żywym organizmie polskich przedsiębiorców. Przy takim podejściu do realizacji celu przewaga klubu AA nad organami władzy jest taka, że każdy w klubie chce poprawić jakość życia, a nie utrudnić je sobie i innym. Eufemizmem byłoby stwierdzenie, że nie tylko u bezdomnych, ale i u przedsiębiorców rząd nie ma już notowań, nawet tych złych.

Wprowadzając innowację, która intelektualnie obezwładniłaby nawet zaprawionego i doświadczonego behawiorystę, ostrzegającą zawczasu o przepisach „utrudniających działanie”, stracimy możliwość szybszego poruszania się w czasie. Miało to już miejsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to dzięki zasadom gwarantującym wolność gospodarczą w tzw. ustawie Wilczka i likwidacji większości utrudnień, dokonaliśmy przeskoku w czasie skracając znacząco dystans do linearnie rozwijających się społeczeństw zachodnich. A przecież czas to jedyny zasób, którego nie możemy zmarnować, a jest nieporównywalnie więcej wart, niż wszystkie pieniądze wydane na elektrownię w Ostrołęce.

Zmiana, w pierwszej kolejności paradygmatu gospodarczego, który przez ostatni rok został nieodwołalnie sfalsyfikowany naszymi doświadczeniami, jest oczywistością i koniecznością, jak dla pokoleń Polaków odzyskanie niepodległości państwa. Pobłażliwość dla dramatycznych w skutkach doświadczeń socjalizmu PRL oraz etatyzmu II Rzeczpospolitej, granicząca z wyuczoną ekonomiczną amnezją sprawia, że część polityków prowokuje społeczeństwo ostentacyjnie wyznając i realizując zasadę Bernarda Berensona, zgodnie z którą „konsekwencja wymaga, byśmy byli takimi samymi ignorantami dziś, jak byliśmy rok temu”.

Najważniejszym paradygmatem jest zbudowanie poczucia wspólnoty pracy i przedsiębiorczości wśród obywateli, a nie dzielenia ich zasiłkami, dotacjami i dodatkowymi podatkami. Możemy zmienić i przyśpieszyć bieg historii, a nie ją zawracać i cofać pokolenia Polaków w dobrobycie. „Początek jest najważniejszą częścią pracy”, jak zauważył Platon. Dlatego nowy ład nie może na początku gubić czasu.

Artykuł pierwotnie ukazał się w Polska Times.

Andrzej Sadowski   

jest założycielem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha – pierwszego w Polsce think tanku, działającego od 16 września 1989 r.

Fot.: Archiwum Centrum im. Adama Smitha, autor Mirosław Stelmach.