Zielony luksus w ciemnej piwnicy
Europa w imię moralnego zwycięstwa dobrowolnie odłącza się od prądu, podczas gdy reszta świata właśnie „dorzuca do pieca”.
Wojciech Urbanek, zastępca redaktora naczelnego CRN Polska
Siedzieliśmy przy kawie: koleżanka z Niemiec i dwóch Holendrów. Atmosfera była luźna, dopóki nie rzuciłem od niechcenia, że Unia zamiast bawić się w „niemrawe ruchy” i pakować całą energię w Zielony Ład, powinna zainwestować w technologie, które w razie „W” realnie nas obronią. Moi rozmówcy spojrzeli na mnie z taką mieszanką litości i niedowierzania, jakbym właśnie z pełnym przekonaniem ogłosił, że Słońce krąży wokół Ziemi, a szczepionki to spisek jaszczuroludzi…
Cisza trwała sekundę, a potem ruszyła ofensywa. Zostałem zasypany gradem argumentów. Dowiedziałem się, że Europa ma „misję dziejową”. Nie chodzi o dobrobyt ani bezpieczeństwo granic. Cel jest znacznie poważniejszy – ratowanie planety dla przyszłych pokoleń. Każdy gram CO2 mniej w atmosferze nad Berlinem czy Rotterdamem to najwyraźniej cegiełka w murze chroniącym nas przed zagładą. Kiedy natomiast próbowałem wtrącić nieśmiałe: „no dobrze, ale co z Pekinem i Waszyngtonem?”, moi rozmówcy głęboko westchnęli z politowaniem.
Próba obrony, oparta na argumencie, że Chiny i USA niespecjalnie przejmują się emisjami i wciąż namiętnie spalają węgiel, została kompletnie rozbita. Usłyszałem, że moja wiedza jest – delikatnie mówiąc – nieaktualna. Przekonywano mnie, że Chiny dbają o ochronę środowiska obecnie bardziej niż Unia Europejska. W przypadku Stanów Zjednoczonych sprawa miała być jeszcze prostsza – każdy argument dotyczący amerykańskiego przemysłu wydobywczego, a zwłaszcza slogan „drill, baby, drill”, tłumaczono wyłącznie niepoczytalnością Donalda Trumpa. Stwierdziłem, że dalszy spór nie ma sensu i ustąpiłem pod naporem niemiecko-holenderskiej szarży.
Idea, że Europa jest moralnym kompasem świata, jakoś mnie nie przekonuje. Szczerze mówiąc, widzę to zupełnie inaczej. Stary Kontynent kojarzy mi się z luksusowym hotelem, w którym goście debatują nad kolorem zasłon, podczas gdy w piwnicy właśnie wysiadły korki. Europa marzy o cyfrowej potędze i wyścigu z gigantami AI, ale zapomina o fizyce. Większość mieszkańców naszej części świata pielęgnuje przekonanie, że słońce i wiatr wystarczą, by napędzić wielki przemysł. To piękna wizja, tyle że ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Zamiast obiecanej krainy mlekiem i miodem płynącej, fundujemy sobie postępującą deindustrializację.
Zasadniczy problem polega na tym, że centra danych nie wyżywią się ani energią słoneczną, ani unijnymi dyrektywami. Amerykanie i Chińczycy wyraźnie stawiają na atom i węgiel. Elektrownie atomowe budzą w Europie mieszane uczucia. Niemcy, będące liderem „zielonej rewolucji”, ostatnie elektrownie atomowe wyłączyli w 2023 r. Choć część społeczeństwa, zwłaszcza młodzi ludzie, chcą, aby powrócić do atomu, to jednak decyzje podjęte przez władze naszych zachodnich sąsiadów byłoby dziś bardzo trudno cofnąć, zarówno ze względów technicznych, jak i prawnych. Natomiast Francja w 2026 r. umacnia swoją pozycję jako atomowy lider Europy, traktując energię jądrową jako fundament suwerenności, walki z ociepleniem klimatu i magnes na wielki biznes.
Jednak jakby nie patrzeć, twarde dane pokazują, że w ciągu ostatnich dwóch dekad produkcja energii elektrycznej w Europie spada. W tym samym czasie świat ucieka do przodu, a my debatujemy, jak jeszcze bardziej ograniczyć zużycie paliw kopalnych. Aby dołączyć do gospodarek bazujących na AI, Unia musi przestać obsesyjnie myśleć o „transformacji” rozumianej jako odejmowanie, a zacząć stawiać na dodawanie energii.
O ile w Brukseli węgiel stał się słowem zakazanym, o tyle reszta świata nie zamierza brać udziału w pogrzebie tego paliwa kopalnego. Wbrew hucznym zapowiedziom o rychłym końcu ery „czarnego złota”, lata 2024 i 2025 przyniosły… historyczne rekordy. Globalne wydobycie przebiło barierę 9 miliardów ton. To paradoks naszych czasów: Europa zaciska pasa i patrzy, jak jej przemysł ucieka tam, gdzie energia jest w obfitości, podczas gdy Azja buduje swoją potęgę między innymi na węglu, którego my tak bardzo się boimy. Można odnieść wrażenie, że podczas gdy my gasimy światło w imię wyższych celów, reszta globu właśnie zapala wszystkie reflektory, by lepiej widzieć drogę do przyszłości.
Europa gra w zielone. Świat gra w moc i wpływy. Kto wygra? Moi koledzy z Niemiec i Holandii już znają odpowiedź. To Europa jest moralnym zwycięzcą. Może i za dziesięć lat będziemy mieli najczystsze powietrze na planecie, najbardziej inkluzywne dyrektywy i najpiękniejsze ścieżki rowerowe. Szkoda tylko, że jedynym sposobem, by o tym opowiedzieć światu, będzie wysłanie posłańca na koniu, bo do tego czasu nasze ostatnie centrum danych wyłączy prąd, a algorytmy AI, o których tak marzymy, będą już dawno mówiły wyłącznie po mandaryńsku lub z teksańskim akcentem. No chyba, że komuś uda się powstrzymać zielone szaleństwo.
Podobne wywiady i felietony
IPv8? Dlaczego nie?
Branża IT bardzo lubi opowiadać o architekturach nowej generacji, ale znacznie częściej specjalizuje się w utrzymywaniu przy życiu architektur starej generacji.
Ta bańka nie pęknie, lecz podzieli rynek IT
Infrastruktura AI jest droga, a projekty bez szybkiego zwrotu stają się pierwszym kandydatem do cięć. To wzmacnia proces polaryzacji rynku.
