Wszystko jest policzone
Według Davida Ogilvy połowa pieniędzy wydanych na reklamę jest zmarnowana, z tym że nie wiadomo, która połowa. Mogłoby się wydawać, że w erze internetu marketerzy popełniają mniej błędów niż ich poprzednicy, ponieważ mogą korzystać z wielu wcześniej nieosiągalnych wskaźników i narzędzi. Czy aby na pewno?
Wojciech Urbanek, zastępca redaktora naczelnego CRN Polska
Elon Musk, wycofując się z zakupu Twittera, tłumaczył swoją decyzję zbyt dużą liczbą spamu oraz fałszywych kont zakładanych na portalu. I choć nie wiemy, czy takie były jego prawdziwe intencje, to za sprawą kontrowersyjnego miliardera media społecznościowe nie po raz pierwszy znalazły się na cenzurowanym. Według szefów Twittera fałszywe konta stanowią tylko 5 proc. spośród wszystkich zarejestrowanych w serwisie, ale Elon Musk w to nie wierzy. Jego zdaniem ten odsetek jest zdecydowanie wyższy. Jednak nawet jeśli za dobrą monetę weźmiemy deklaracje menedżmentu Twittera, to trudno się zgodzić, że 5 proc. wcale nie wygląda tak źle. W praktyce oznacza to bowiem, że Twitter ma u siebie 65 milionów „fałszywek” (ogółem na Twitterze jest zarejestrowanych około 1,3 mld kont), co wystarczyłoby, aby obdzielić nimi wszystkich mieszkańców Włoch i Norwegii.
Jak to się dzieje, że właściciele platform społecznościowych, dysponujących zaawansowanymi algorytmami, poruszają się jak dzieci we mgle, kiedy przychodzi im likwidować konta spamerskie, wyrzucać trolli i blokować fałszywe informacje? Osobą, która ostatnimi czasy odsłoniła kulisy działań Twittera w zakresie ochrony oraz strategii pozyskiwania użytkowników, jest Peiter Zatko – były szef działu bezpieczeństwa tej platformy. Uważa on, że Twitter wprowadzał w błąd regulatorów, składając nieprawdziwe oświadczenia na temat ochrony przed cyberatakami oraz kontami spamowymi, zaś priorytetem dla osób zarządzających platformą był wzrost liczby użytkowników.
W rezultacie wcale nie trzeba być wielkim specjalistą, aby wodzić za nos użytkowników Twittera, Facebooka, YouTube’a, a zwłaszcza marketerów. Liczbę wyświetleń, komentarze czy też polubienia bez trudu można kupić w internecie i wcale nie trzeba szukać takich ofert w Darknecie. Jedna z firm zupełnie jawnie zachęca na swojej witrynie: „promuj z nami swoje social media” i dodaje, że 88 proc. użytkowników ufa opiniom w internecie. Na czym polega owa promocja? Oferta jest bardzo długa, począwszy od sprzedaży komentarzy, polubień aż po „widzów” imprez organizowanych w formie online. Wyobraźmy sobie, że prowadzimy relację live na Facebooku, a liczba widzów jest dość skromna. „Na szczęście” jest proste wyjście z sytuacji – można zakupić od 50 do 3000 „widzów”.
Nie brakuje też ofert dla początkujących lub niedocenianych lekarzy. „Ludzie, idąc do lekarza, czytają na stronie Znany Lekarz opinie. Na ich podstawie wyrabiają sobie zdanie o specjaliście, do którego chcą się udać” – taka, niewątpliwie słuszna, opinia została zamieszczona na stronie firmy pomagającej swoim klientom zaistnieć w przestrzeni internetowej. Co zatem zrobić, aby skuteczniej konkurować z kolegami po fachu? „Kup u nas opinie Znany Lekarz dla swojej działalności i przeskocz konkurencję” – doradzają „specjaliści” od social mediów.
Jak widać biznes w mediach społecznościowych kwitnie. Najważniejsze jest to, że wszyscy są zadowoleni. Facebook, Twitter, Instagram mogą chwalić się liczbą użytkowników i ich ogromną aktywnością, zaś marketerzy dużymi zasięgami i interakcją ze strony internautów. Wszystko jest ładnie policzone i tylko ten ekscentryczny Elon Musk szuka dziury w całym.
Podobne wywiady i felietony
Train office
W trakcie podróży pociągiem warto mieć na uwadze, że innych pasażerów raczej nie interesują szczegóły podpisanych kontraktów, dysputy o zwolnieniu Joli czy Marka, ani treść zawieranych właśnie umów.
Inwigilacja w imię dziecka
Miał być „dialog w ramach demokracji”, czyli cicha zgoda na masową inwigilację. Tym razem jednak, dzięki determinacji Joachima z Aalborga i setek tysięcy zwykłych Europejczyków, brukselska machina zabuksowała w miejscu.
Cięcie ogona: rzeźnicy i chirurdzy
Ponad dwie dekady temu Chris Anderson odkrył magię tzw. długiego ogona. Dziś giganci technologiczni robią wszystko, żeby się go pozbyć.
