Na przestrzeni 5 lat odrzuciłem setki startupów, bo founderzy pracowali w innych miejscach na etatach i nie chcieli z nich zrezygnować. Było to dla mnie zrozumiałe w okresie, kiedy nie mieli inwestora, bo wtedy spółki nie było stać na wypłacanie wynagrodzeń, a z czegoś trzeba żyć. Jasna sprawa. Zdziwienie budziło u mnie to, że zaoferowanie comiesięcznej pensji na rynkowym poziomie zupełnie nie zmieniało ich podejścia. Część twierdziła, że musi mieć co miesiąc wypłatę na korporacyjnym poziomie, bo do takiego poziomu życia przywykła. W wielu przypadkach chodziło jednak o coś zupełnie innego – o brak chęci podejmowania jakiegokolwiek ryzyka, co delikatnie mówiąc nie do końca wpisuje się w filozofię budowania startupów.

Nauczyłem się już na własnych błędach i po prostu nie inwestuję w takie spółki. Nie jestem przecież w stanie nauczyć kogoś przedsiębiorczości. W startupie sytuacja potrafi się zmienić o 180 stopni w ciągu jednego dnia. Nie ma stabilizacji ani jasno określonej drogi. To jest sektor dla wybranych. Dla tych, którzy mają to we krwi i nie boją się wyzwań, tytanicznej pracy, ale przede wszystkim ryzyka. Nie potrzebują też prowadzenia za rękę. Na wczesnym etapie budowania firmy nie ma czegoś takiego jak work-life balance. Jest za to skupienie na budowaniu i własnym wyznaczonym celu. Każdy ma własny – im bardziej osobliwy tym lepiej, ale mało który founder robi to dla pieniędzy. Jest szereg łatwiejszych sposobów na ich zarobienie.

Koniec z reguły jest ten sam

Dlaczego zatem founderzy tkwiący jedną nogą na etacie nie sprawdzali się w boju? Przede wszystkim dlatego, że byli po prostu mniej zaangażowani. Wkładali mniej własnego potencjału w spółkę. Bo co się właściwie stanie, jeśli ona zbankrutuje? Inwestor (ja) traci kapitał, natomiast oni dalej mają dobrą posadę za dobre pieniądze. Jaka to motywacja do pivotowania, walki, szukania nietuzinkowych rozwiązań, skoro w najgorszym wypadku skończy się „projekt”. Ciężko w ten sposób budować firmę.

Do tego dochodzi jeszcze dublowanie się obowiązków. Founder nie pojawia się na ważnym callu z nowym inwestorem, bo nie może. Później okazuje się jednak, że musiał jechać na integrację z szefem… Dokonał wyboru. Jest to kompletne pomieszanie priorytetów. I o ile drogi takich startupów bywają różne, to koniec z reguły jest ten sam – bankructwo. Wcześniej każdy mnie zapewniał, że to żaden problem, że ma sposób jak to połączyć, a efekt ten sam – przykry.

W startupach na początku warto, a nawet trzeba mieć odłożone pieniądze. Mogą być to oszczędności, pasywne przychody – wszystko, co nie angażuje foundera w znacznym stopniu, jest dobre. Ja nie wierzę w długofalowe łączenie budowy innowacyjnej spółki z etatem. Albo ktoś angażuje się w pełni i daje swój cały potencjał, albo to nie jest sektor dla niego. Nie ma dróg na skróty.

Szymon Janiak Szymon Janiak  

Autor jest współtwórcą i partnerem zarządzającym funduszu venture capital Czysta3.vc