Schemat wygląda najczęściej tak – uruchamia się program, który umożliwia finansowanie szeroko rozumianych innowacyjnych przedsięwzięć. Media zaczynają trąbić na ten temat, a doradcy rzucają się w wir pracy, wręcz wciskając to rozwiązanie każdemu, kto spełnia kryteria. Startup dowiaduje się, że może dostać milion czy dwa, a jako że fundusze VC jakoś nie walą drzwiami i oknami, więc founder bezrefleksyjnie myśli: biorę! Potem idzie szybko – wniosek, aplikacja, lista rankingowa, zaś kilka miesięcy później sukces! Udało się! I właśnie wtedy zaczynają się schody…

Pierwszym problemem jest to, że klasyczna dotacja często ma dość sztywne ramy. Startup musi rozpisać, nad czym będzie pracował przez, dajmy na to, dwa lata, określając przy tym technologię oraz nierzadko zespół, a w tym świecie dwa lata to… wieczność. Co bowiem, jeśli po pół roku okazuje się, że cały projekt nie przyjmie się na rynku? Wtedy startup powinien próbować pivotu, natomiast korzystając z grantu często nie jest to możliwe. Trzeba działać dokładnie tak, jak opisało się we wniosku. Inaczej grozi wypowiedzenie umowy, co może być bolesne.

Drugim problemem jest płynność. Abstrahując od faktu, że dla wielu głównym wyzwaniem jest pozyskanie wkładu własnego, to cashflow ma tu swoją specyfikę. Często programy mają charakter refundacyjny, więc pieniądze trzeba najpierw wyłożyć. Następnie czeka się na weryfikację wniosku o płatność, gdzie mogą pojawiać się uwagi. Do tego zatory nie są tu dla nikogo niespodzianką. W efekcie trzeba mieć relatywnie spore środki na zarządzanie projektem, a zdolności kredytowej na wczesnych etapach z reguły nie ma…

Trzecim problemem jest sama dokumentacja, która część osób przerasta. Trzeba przygotowywać ją dokładnie, zgodnie z wzorami i wytycznymi. Bywa to czasochłonne, kłopotliwe, a brak rzetelności potrafi być brzemienny w skutkach – w najgorszym scenariuszu doprowadza do wezwania środków do zwrotu. To z kolei dla wielu osób stanowi znaczące ryzyko.

Sztuka dla sztuki nie ma sensu

Dla jasności, dotacje i granty to moim zdaniem kapitalne instrumenty finansowania. Dzięki nim powstały tysiące wspaniałych rozwiązań, natomiast, jak każde, muszą być przemyślane i dopasowane do specyfiki startupów! Nie mogą odciągać zespołu od core biznesu i być robione dla sztuki, bo to przepalanie czasu i pieniędzy. Nie mogą być brane, kiedy spółka nie ma odpowiednich środków, by je realizować. Nie mogą być pozyskiwane na dwa lata, kiedy spółka nie podjęła wiążącej decyzji popartej danymi, co chce robić.

Każdorazowo należy zweryfikować, czy startup jest zdolny do realizacji danego projektu, określić ryzyko i wpływ całokształtu na dalszy rozwój spółki. Trzeba rozważyć też alternatywy. Podejście „skoro dają trzeba brać” jest w tym obszarze kontrskuteczne i na koniec to problem dla wszystkich – dla tych, którzy je wzięli, ale również dla instytucji, które je przyznały.

Szymon Janiak Szymon Janiak  

Autor jest współtwórcą i partnerem zarządzającym funduszu venture capital Czysta3.vc