Jesteśmy w tym okresie roku, gdy wielu z nas składa sobie obietnice noworoczne, często związane z „byciem fit”. W tym kontekście twój przykład jest wyjątkowo motywujący. Ważyłeś ponad 130 kilogramów, a teraz ważysz 80+ i biegasz maratony. Co stanowiło główny impuls do tak znacznej zmiany?

Marcin Babiak Lubię mawiać, że jak nie wiadomo o co chodzi, to… odpowiedź jest złożona. W tym przypadku powodów było kilka, począwszy od kwestii zdrowotnych i komfortu życia. Jednak ta pierwsza, naprawdę poważna myśl o zmianie w zakresie sportu, zdrowia i diety, pojawiła się u mnie podczas zajęć w piaseczyńskim Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii. Uczy się tam i mieszka ponad setka dziewcząt. Chcąc je zainspirować do pozytywnych działań, przyjeżdżam do nich z ciekawymi gośćmi ze świata sportu czy biznesu. Robię to w ramach mojej Fundacji Człowiek Może. I w zasadzie podczas każdego z takich spotkań pojawia się stały motyw: „uwierz w siebie, a będziesz mógł wszystko”.

  Coachingowy klasyk…

No jasne, że tak. Sam to nie raz powtarzałem przy różnych okazjach. Niemniej dopiero uważne przysłuchiwanie się kolejnym historiom, które to dobitnie potwierdzały, sprawiło, że to banalne przesłanie „trafiło” mnie na dobre… Po prostu postanowiłem wcielić je w życie, bez żadnych ale, w obszarze fitnessu. Po latach bawienia się myślą o schudnięciu, powiedziałem sobie w końcu, że albo wysoka waga mi tak naprawdę nie przeszkadza i wtedy nie ma sensu wpisywać sobie tego co roku do kalendarza jako jednego z celów, albo powinienem ten cel wreszcie zrealizować. No bo jak to, pomyślałem, wciąż staram się innych przekonywać, że można spełnić niemal każde marzenie i doprowadzić niemal dowolną sprawę do końca, a sam tego nie potrafię? No więc na szczęście potrafię (śmiech).

  Uważam, że to dowodzi, że mimo dotychczasowych sukcesów wciąż masz w sobie dużo pokory. W końcu, inspirując innych, sam otworzyłeś się na inspirację z zewnątrz, stawiając się w roli ucznia.

Może i tak, choć nigdy nie myślałem o sobie w kontekście pokory. Na pewno poza wiarą i uporem niezbędne było podejście biznesowe, zadaniowe, jak do kolejnego projektu. W tym celu postawiłem na narzędzia cyfrowe, bez których – jako chodzący „człowiek chaos” o zdecydowanie wizjonerskim podejściu do życia – po prostu nie dałbym rady. Dlatego od początku wpisywałem dane, monitorowałem postępy, pilnowałem kalorii, kilometrów i kilogramów, mierząc też różne parametry zdrowotne i wydajnościowe. Wymyśliłem sobie prywatny plan „Fit for 99”, czyli żeby do kolejnych urodzin zejść do poziomu 99 kilogramów. Tymczasem poszło szybciej i to w takim tempie, że przy 86 kilogramach musiałem odpowiadać na zatroskane pytania znajomych, czy na pewno wszystko w porządku z moim zdrowiem. I wtedy uznałem, że się zatrzymam i skupię głównie na trzymaniu formy. A jako że przy szybkim chudnięciu spala się też mięśnie, przez wiele tygodni robiłem potem dwa siłowe treningi dziennie, żeby budować muskulaturę. Oczywiście bez przesady, w celach sportowych, a nie wizerunkowych.

  Teraz masz trudniejsze zadanie do wykonania, bo łatwiej wspiąć się na szczyt niż na nim pozostać.

O nie, to żaden problem. Serio, już nigdy nie wrócę do tego, co było, bo zdecydowanie za dużo mnie kosztował proces przeprogramowania umysłu, abym stał się innym człowiekiem. Teraz rywalizuję wyłącznie z jedną osobą na świecie – z gorszą wersją samego siebie – i fakt, że wygrywam, sprawia mi ogromną radość.

  A czy masz swojego trenera personalnego?

Mam nadzieję, że nie uznacie tego za kryptoreklamę, ale mam zegarek Garmina, który dokładnie pokazuje mi kluczowe parametry wydolnościowe. Sam w to nie wierzyłem, ale byłem ostatnio na badaniu pojemności tlenowej VO2max i uzyskałem wynik 47, podczas gdy zegarek podawał 46, a więc niemal bez różnicy. Z tym, że za badanie zapłaciłem kilkaset złotych, a w zegarku, z którego i tak na co dzień korzystam, to jedna z wielu innych funkcji dostępnych od ręki. Swoją drogą, lekarze byli zdumieni, że obecna elektronika jest tak dokładna, bo przecież wspomniane badanie wymaga założenia maski, użycia bieżni i tak dalej, a tu wystarczy zerknąć na mały ekranik i wszystko staje się jasne.

  Pomówmy chwilę o Fundacji Człowiek Może. Komu pomagasz?

Osobom narażonym na wykluczenie społeczne: seniorom, cudzoziemcom, kobietom powracającym na rynek pracy, młodzieży, a także więźniom – właśnie wróciłem z więzienia na warszawskim Służewcu. W przypadku osadzonych prowadzę zajęcia coachingowe chociażby na temat tego, jak o ich bardzo trudnej sytuacji rozmawiać z rodzinami, w tym z ich dziećmi. Jeździmy też razem na wycieczki, na co niektórzy dostają pozwolenie za dobre sprawowanie. W ramach mojego programu terapeutycznego dostają też, za określone dokonania, dodatkowe widzenie z dziećmi. Przy czym tak naprawdę wciąż próbuję poznać to środowisko i jego specyficzne potrzeby. Bezczelnością z mojej strony byłoby uznanie, że z marszu mogę im pomóc we wszystkich problemach. Oczywiście tak nie jest, ale staram się, na ile mogę i już mam pierwsze sygnały, że ktoś skorzystał z mojej metody i wyjaśnił sobie coś z córką czy małżonką, co wcześniej stanowiło barierę nie do przejścia. Bardzo mnie to cieszy.