Moje obserwacje jako zarządzającego dwiema spółkami technologicznymi nie napawają optymizmem. Pandemia skutecznie zmusiła wiele firm do przejścia z trybu offline na online – co poskutkowało nagłym zapotrzebowaniem na usługi programistyczne. Z jednej strony większość biznesów, które jakimś cudem uchowały się w offline, nie miało właściwie wyjścia – przejście do ecommerce’u albo po prostu włączenie się do online’owego ekosystemu biznesowego stało się dla nich jedynym sposobem na przetrwanie. Zapotrzebowanie na nasze usługi poszybowało w górę. Druga kwestia – cały świat zaczął zatrudniać zdalnie – miejsce zamieszkania przestało być barierą dla tych najzdolniejszych. Do tego doszły jeszcze duże zagraniczne inwestycje ulokowane w Polsce, jak Google Cloud, które skutecznie wydrenowały rynek ze specjalistów IT.

Efekt? Wolni zostali już praktycznie sami juniorzy i stażyści, choć i to się zmienia. Zdesperowani rekruterzy obniżają progi wymagań; widać to dobrze w ewolucji widełek doświadczenia w ogłoszeniach o pracę – stanowisko „Regular”, dawniej zarezerwowane dla pracowników z (minimum!) 4 – 5 letnim stażem, obecnie wymaga o połowę mniejszego doświadczenia. Przy wyższym wynagrodzeniu!

Jednym z chyba największych czynników, leżących u podłoża całej tej sytuacji, jest stosunkowo duża bariera wejścia w zawód. Bycie programistą wymaga nie tylko predyspozycji – zdolności logicznego myślenia, kompetencji matematycznych, zamiłowania do spędzania długich godzin przed monitorem. Aby osiągnąć poziom zaawansowania gwarantujący samodzielność projektową kandydat musi spędzić naprawdę długie godziny przyswajając podstawy, ucząc się składni i semantyki danego języka programowania i zdobywać doświadczenie rozgryzając coraz bardziej skomplikowane zagwozdki w kodzie. To nie dzieje się z dnia na dzień.

Takie uwarunkowanie skutecznie eliminuje sporą część społeczeństwa – nie każdy może i chce zostać programistą. Próg wejścia jest wyższy niż w przypadku wielu innych zawodów i przebranżowić się – wbrew obietnicom bootcampów – nie jest łatwo. Zwłaszcza w starszym wieku, kiedy – chyba wszyscy się zgodzimy – umysł nie jest już tak chłonny jak przed dwudziestką i przyswajanie nowej wiedzy, uczenie się nowych języków (również programowania!) nie przychodzi nam tak łatwo.

Dodając do siebie wszystkie te spostrzeżenia, wyłania mi się niezbyt optymistyczny obraz sytuacji. Programistów jest za mało, zapotrzebowanie na nich rośnie dramatycznie, a przyrost nowych kandydatów jest zbyt wolny.

I co teraz?

W krótkim terminie niewiele da się z tym zrobić – potrzebne są zmiany systemowe, w skali całego społeczeństwa. Modyfikacja nie tylko programów nauczania, ale wręcz całej filozofii. Dalsze, zintensyfikowane działania prowadzące do wyrównania proporcji kobiet i mężczyzn na studiach technicznych. Globalna zmiana myślenia o przygotowaniu młodych ludzi do zawodów przyszłości.

Albo wstrząs… patrząc wstecz, dopiero dramatyczne wydarzenia, takie jak wojna, przyspieszały przemiany zjawisk społeczno-ekonomicznych i prowadziły do znajdowania rozwiązań pozornie nierozwiązywalnych trudności. A czym innym, jak nie właśnie taką trudnością, jest obecna sytuacja na rynku IT, już teraz paraliżująca poniekąd cykl wytwarzania dóbr opartych na rozwiązaniach programistycznych? Więc ewolucja lub rewolucja.

Potrzebna nam zmiana sposobu myślenia i programowania. Uproszczenie procesów. Nie rozwiązania no-code, to za mało – chociaż one są na pewno wyraźnym przejawem rozpoczynającego się trendu. Większa automatyzacja, wykorzystanie sztucznej inteligencji do tworzenia algorytmów, aż do… stopniowej eliminacji ludzi?

Staram się wyobrazić sobie możliwe scenariusze, bazując na historii. Myślę o rewolucji technicznej, stymulowanej zbyt wolno zaspokajanymi potrzebami społeczeństwa i biznesu. Jednym z jej efektów było zastąpienie wytwarzania ręcznego przez produkcję fabryczną, ludzi – maszynami. Czy u progu takiej rewolucji stoimy?

Programista jak elektronik?

A co jeżeli w ciągu najbliższych 20 lat programista wyginie? Jak elektronicy z lat 80’, kiedy na rynek wprowadzono montaż SMD i zamiast przez tydzień naprawiać usterkę elementu przy pomocy inżyniera – można było już po prostu wymienić całą płytkę. Dzisiaj nie do pomyślenia, ale wtedy elektronik był dzisiejszym programistą. Większość maszyn produkcyjnych, całe biznesy opierały się na komponentach elektronicznych – elektronik był ekspertem, niezastępowalnym specjalistą, dobrem trudno dostępnym i sowicie opłacanym. Do czasu.

Ofiarą tej przemiany padł mój Tata, który był kierownikiem utrzymania ruchu i świetnym elektronikiem konstruktorem. Czuwał nad całą linią produkcyjną w hucie, bez niego nie było produkcji. Był gwiazdą, jak dzisiejszy programista JAVA, który w wieku 25 lat dostaje oferty pracy na poziomie 20 – 30 tys. zł. Tatę zastąpili najpierw tańsi technicy, wymieniający od ręki całe płytki, a później masowa produkcja, która sprawiła, że niektórych sprzętów nie opłaca się naprawiać, łatwiej wymienić na nowe.

Czy presja i brak rychłej zmiany sytuacji na rynku IT sprawi, że biznes – przyciśnięty dramatycznym brakiem programistów – zacznie finansować dziedziny nauki, które doprowadzą do ich eliminacji? Czy w perspektywie najbliższych kilkudziesięciu lat możliwe jest zastąpienie programistów sztuczną inteligencją? Oczywiście, ktoś będzie musiał ją programować, ale być może zostanie nas garstka najlepszych, jak z inżynierami elektronikami lat osiemdziesiątych? Czy będziemy świadkami dramatycznej rewolucji, zmiany paradygmatu, całkowitego odwrócenia myślenia o wytwarzaniu oprogramowania i dziedzin od niego zależnych? Powyższe pytania nie mogą pozostać bez odpowiedzi.

Adam Czajkowski  

Autor jest CEO w JCD.pl i SYMU.CO.