Polski polityk niczym kobieta pracująca
Rodzimi politycy są bardzo wszechstronni i żadnej pracy się nie boją, tak jak kobieta pracująca z serialu „Czterdziestolatek”.
Wojciech Urbanek, zastępca redaktora naczelnego CRN Polska
Niniejszy felieton zacznę wyjątkowo, bo od krótkiego quizu poświęconego polskim politykom. Drodzy czytelnicy, jak myślicie, co łączy Michała Boniego, Rafała Trzaskowskiego, Andrzeja Halickiego i Mateusza Morawieckiego? Jeśli odpowiedzieliście, że wymienione osoby w kolejnych rządach odpowiadały za informatyzację oraz cyfryzację, zdobywacie punkt i przechodzicie do drugiego, trudniejszego etapu. Czy potraficie wskazać konkretne projekty informatyczne, za którymi stoją wymienieni panowie? No właśnie. Nie ukrywam, że sam miałem kłopot z udzieleniem prawidłowej odpowiedzi na to pytanie.
Mam też spory problem z Anną Streżyńską. Jak wiadomo, w latach 2015–2018 pełniła funkcję ministra cyfryzacji. Jakoś mi jednak nie pasuje do tej „układanki”. Od zawsze starała się trzymać z daleka od polityki, nie odnajdywała się w partyjnych intrygach, a kiedy Mateusz Morawiecki odwołał ją ze stanowiska, nie otrzymała ciepłej posadki w jednej ze spółek skarbu państwa. Nie jest też osobą, która podejmie się każdej pracy tylko dlatego, że akurat tak zawiał polityczny wiatr historii, który rzucił ją na taki czy inny „odcinek pracy”. Od początku swojej kariery zawodowej związana jest z branżą teleinformatyczną. Poza tym bez głębszego namysłu potrafię wymienić przynajmniej jeden projekt, który jest dziełem minister Streżyńskiej. Mam tutaj na myśli aplikację mObywatel, z której na co dzień korzystam.
A przypomnę, że początki nie były łatwe – innowacyjna idea spotkała się z dużą krytyką ze strony mediów. „Anna Streżyńska jak Steve Jobs? Mobilna zabawka szefowej resortu cyfryzacji” to tytuł jednej z prześmiewczych publikacji poświęconych pomysłowi „żelaznej damy polskiej telekomunikacji”. Czas, jak to tylko on potrafi, wszystko zweryfikował. Obecnie „mobilnej zabawki” Anny Streżyńskiej używa ponad 10 milionów obywateli, zaś od marca bieżącego roku dowód elektroniczny wchodzący w skład mObywatela jest uznawany na równi z plastikowym dowodem osobistym.
Niestety, nie we wszystkich obszarach możemy pochwalić się sukcesami, a jeśli wierzyć ostatniemu raportowi Komisji Europejskiej o postępie cyfrowym, nie mamy zbyt wielu powodów do radości. Otóż wynika z niego, że Polska zajmuje dopiero 24 miejsce spośród 27 krajów Unii Europejskiej pod względem „kapitału ludzkiego społeczeństwa cyfrowego”. Gorsi są od nas tylko Grecy, Bułgarzy oraz Rumuni. Niektórzy uważają, że tak niska pozycja jest pokłosiem likwidacji w 2020 r. Ministerstwa Cyfryzacji. Jego kompetencje rozproszono pomiędzy Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwo Edukacji i Nauki, Centrum Projektów Polska Cyfrowa oraz Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Jednak na początku kwietnia bieżącego roku rząd reaktywował urząd ministra cyfryzacji i jest jakaś szansa, że awansujemy w rankingach UE.
Nowym ministrem został Janusz Cieszyński – człowiek wielu talentów. To oznacza, że Mateusz Morawiecki stawia na sprawdzoną już strategię „kobiety pracującej”… Janusz Cieszyński staje przed trudnym zadaniem, jakim jest kontynuacja planu zakładającego przejście od papierowej do cyfrowej Polski. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć sukcesów, a także tego, żeby po skończonej misji jego nazwisko bardziej utożsamiano z „mobilną zabawką” aniżeli… respiratorami.
Podobne wywiady i felietony
Zajrzeć pod sukienkę algorytmem
Ponad dekadę temu Jarosław Kaczyński z niechęcią wyrażał się o głosowaniu przez internet, twierdząc przy tym, że wielu jego użytkowników spędza czas na piciu piwa i oglądaniu pornografii. Wówczas uznano tę opinię za przejaw niechęci do technologii, co nie zmienia faktu, że dzisiejszy internauta nie musi już nawet szukać pornografii, bo… tworzy ją sam.
Train office
W trakcie podróży pociągiem warto mieć na uwadze, że innych pasażerów raczej nie interesują szczegóły podpisanych kontraktów, dysputy o zwolnieniu Joli czy Marka, ani treść zawieranych właśnie umów.
Inwigilacja w imię dziecka
Miał być „dialog w ramach demokracji”, czyli cicha zgoda na masową inwigilację. Tym razem jednak, dzięki determinacji Joachima z Aalborga i setek tysięcy zwykłych Europejczyków, brukselska machina zabuksowała w miejscu.
