Nie angielskie, nie kreolskie, ale nasze, nasze polskie. Nie austriackie, nie jakieś inne, ale rodzinne, ale rodzinne! Ta stara kabaretowa piosenka przyplątała mi się w związku z „polską teslą” o wdzięcznej nazwie Izera, którą złośliwcy przekręcają na „(m)Izerę” lub „mizerię”. A przecież ta rzekoma „mizeria” ma nas, po długich latach moto-smuty, wprowadzić na światowe salony motoryzacyjne. Zanim jednak zaczniemy zadawać tam szyku, efektowna makieta musi stać się efektywna i ruszyć z miejsca. Dlatego zaniepokoiła mnie głucha cisza, jaka na długie miesiące zapadła wokół pomysłu na naszą państwową teslę.

I kiedy zdawało się, że miliardy pójdą w błoto i podzieli ona smutny los „polskiego lambo”, czyli Arrinery Hussaryi, gruchnęła wieść, że podpisaliśmy umowę z chińskim dostawcą podwozia, na którym niebawem pomkniemy Autostradą Wolności do motoryzacyjnego raju. Przy czym będziemy pędzić pojazdem wprawdzie jak najbardziej państwowym, ale takim jakby dwupaństwowym, bo polsko-chińskim, a w zasadzie to nawet chińsko-polskim. Co oczywiście nie stanowi powodu do wstydu w czasach, kiedy Chiny stały się fabryką świata. To znaczy nie stanowiłoby, gdyby to nie był projekt państwowy za pieniądze podatników.

Bo chyba jednak ma znaczenie, czy za pieniądze z naszego VAT-u i CIT-u rozwijamy polską myśl techniczną, czy jednak dajemy zarobić komu innemu, kupując wytwór cudzej myśli technicznej. Ten drugi wariant ćwiczyliśmy w PRL-u, produkując w Polsce różne dobra na zagranicznych licencjach. A jako że kopia rzadko kiedy jest lepsza od oryginału, światowych rynków w ten sposób nie podbiliśmy.

Auta takich marek jak BMW, Toyota czy Tesla są słusznie uważane za niemieckie, japońskie i amerykańskie, pomimo że znajdują się w nich elementy wyprodukowane w Chinach. Samochody te zostały bowiem wymyślone i zaprojektowane w Niemczech, Japonii czy USA. I dlatego będą „narodowe” niezależnie od miejsca produkcji. W przypadku natomiast Izery mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że będzie (o ile w ogóle będzie) tak samo polska, jak polskie były – dajmy na to – tablety Modecom czy smartfony Goclever.

Jeśli wydajemy pieniądze podatników na tak poważny projekt, zasysający miliardy naszych pieniędzy, to oczekiwałbym, że będziemy wytwórcami technologii, właścicielami know-how i posiadaczami patentów. I dopiero wtedy sobie wybierzemy fabrykę, a nie na odwrót. Innymi słowy: nie jest ważne, kto jest właścicielem fabryki, ale do kogo należy dział R&D. A w przypadku Izery nie należy on do nas.