Autor śmiało i bezkompromisowo stawia tezy, które podnosi do rangi „mitów”, a potem dobiera argumenty tak, aby owe tezy dezawuować. A oto owe trzy mity: polscy programiści są najlepsi na świecie, Polska może być Doliną Krzemową, polski programista świetnie zarabia. Od razu podkreślę, że całkowicie zgadzam się z autorem co do jego wniosków, które oczywiście są zaprzeczeniem wymienionych mitów.

Co sprawiło, że uległem oczywistej prowokacji autora i jak dziesiątki innych zabieram głos? Nie na LinkedInie, ale w felietonie, nie hejtersko, a krytycznie, nie ad personam, a ad rem. Co mnie poruszyło? Już w pierwszym akapicie pojawia się zdanie, które natychmiast włącza kilka lampek alarmowych odpowiedzialnych za różne sfery poznawcze. Zdanie to brzmi: „(…) szeroko pojęta branża IT narodziła się w Polsce (…) dopiero w pierwszej dekadzie XXI wieku”. Pierwsza lampka świeci się przy słowach „szeroko pojęta”. Ta zbitka jest używana z reguły wtedy, gdy autor chce uciec od konkretu, czuje, że musi trochę się odciąć od pojęcia, które zbitka poprzedza, albo trochę zdystansować, gdy ktoś zarzuci mu nieprawdę. Zawsze wtedy autor może powiedzieć: „używałem szerokiego pojęcia”. To taka zasłona dymna.

Nie wiem, czym się różni branża IT od „szeroko pojętej branży IT”, ale zostawiam semantykę na boku i zgłaszam drugą wątpliwość: dlaczego „branża IT w Polsce narodziła się w pierwszej dekadzie XXI wieku”? Jakie to firmy o znaczącej roli powstały w Polsce w pierwszej dekadzie XXI wieku? Jakie niezaspokojone wcześniej usługi zaczęły oferować, kim był ten, któremu możemy przypisać sprawczość w tym zakresie? Kochani Czytelnicy CRN Polska, czytacie ten magazyn od połowy ostatniej dekady XX wieku i nic Wam nie przychodzi do głowy, co moglibyśmy razem uznać za kamień węgielny położony pod naszą branżę pomiędzy rokiem 2001 a 2010? Nie będę wspominał pradawnych systemów ODRA, komputerów MERA, kilkunastu Zakładów Elektronicznej Techniki Obliczeniowej, czyli ZETO, które zatrudniały dziesiątki tysięcy programistów, którzy w pudełkach po butach nosili swe osiągnięcia w postaci plików kart perforowanych. Tak było, ale widocznie nie była to branża informatyczna, nawet o poszerzonym pojęciu. A może nie warto wspominać historii Instytutu Maszyn Matematycznych z jego pracownikami, jakże rozpoznawalnymi medialnie w owym czasie końca ósmej dekady XX wieku, a więc Wandą Rutkiewicz – alpinistką i himalaistką, oraz Jackiem Karpińskim – twórcą minikomputera w technologii LSI o nazwie K202.

OK, przejdźmy do argumentacji dotyczącej mitu numer 1, czyli że Polacy są (a jak się okaże – nie są) najlepszymi na świecie programistami. Dyskutując i przygotowując frontalny atak na tego typu sformułowanie, autor najpierw wciąga czytelnika w pułapkę, cytując różne dane z różnych i to wiarygodnych źródeł, ileż to miejsc czołowych i złotych medali polscy programiści zdobyli w tzw. programowaniu komparatywnym (czyli porównawczym). Inaczej mówiąc w zawodach programowania. Polska też, co pokazuje autor, uznana została za trzeci kraj na świecie pod względem umiejętności radzenia sobie z zadaniami programistycznymi. No kto był od Polaków lepszy, no kto? Chińczycy i Rosjanie. A ten, kto powiedział, że Amerykanie lub Hindusi, może teraz sobie zrobić przerwę i przyrządzić dobrą kawę tym, którzy trafili, bo jestem na 100 procent pewien, że tacy byli. I teraz, po autorytatywnym stwierdzeniu, że te dane (domyślam się, że dla autora niedostatecznie „twarde”) właściwie są niemiarodajne, autor podaje dwa poparte liczbami argumenty.

Pierwszy, to deklarowana wśród programistów znajomość kilku (dokładnie pięciu) języków, która jest w Polsce o kilkanaście punktów procentowych niższa niż średnia światowa (ale ten świat ma zdolniachów!), a drugi – wyciągnięty z badań polskich programistów przeprowadzonych w latach 2020–2022 – wskazujący na zmianę ich postawy z „być” na postawę „mieć”. Chodzi o to, że na przykład w roku 2020 polscy programiści głównie byli zainteresowani podnoszeniem kompetencji, uczeniem się i innymi celami wyższymi, zaś w roku 2022 zadeklarowali, że „to co nas podnieca, to się nazywa kasa”, jak śpiewała jeszcze przed powstaniem (wedle miar czasu autora) „szeroko pojętej branży IT w Polsce” Maryla Rodowicz.

I już, i koniec argumentacji. I czarna wizja na przyszłość, i złowróżbny ton w stylu: och polscy programiści, jak się nie zmienicie, nie zmienicie swych postaw i zainteresowań, to czeka was zguba i potępienie, a w zasadzie nie będziecie mieli tego, o czym marzycie, bo w Polsce będzie koniec waszego eldorado i zlecenia pójdą w świat. Ten świat, który lepiej zna te inne pięć języków i jego interesuje rozwój, a nie kasa. Przepraszam za sarkazm, ale już widzę tych szefów polskich firm komputerowych, którzy intensyfikują szkolenia swej załogi zarówno w sferze umiejętności twardych (jak znajomość C++) oraz sferze kompetencji miękkich (jak wrażliwość na pozafinansowe czynniki motywujące). Zasypani robotą po uszy, zleceniami z Polski, jak i z tej zdolniejszej zagranicy, niemający czasu na oswajanie tych wszystkich analiz, ostrzeżeń i alarmów, czytając taki artykuł po prostu muszą sobie jakoś ulżyć, więc ripostują, a czasami hejtują.

A ja im mówię: spokojnie, nie takie wizje już przeżyłem. W czasie mojej kariery w dystrybucji IT w Polsce, czyli od roku 1993 (ale wtedy ta branża nie istniała, choć na szczęście tylko w „szerokim pojęciu”) ten rynek miał zginąć z kilku przyczyn. Od rzekomej niemożności konkurowania z Dellem poczynając, przez śmierć przyniesioną przez e-commerce, dalej przez samobójstwo związane z walką cenową, na chmurze (i tym, co ona niesie) kończąc.