Niejaki Kapela – poeta, pisarz, felietonista i freak fighter – nie posiada się z radości. Powód? Marta Cienkowska, minister kultury i dziedzictwa narodowego, właśnie podpisała nowelizację rozporządzenia o opłatach reprograficznych. Sukces ma wielu ojców, a Jaś nie zamierza stać w cieniu. Nasz bohater oznajmił na platformie X: „W ogóle chciałem wam wszystkim podziękować. Warto było iść do Hejt Parku, przeżyć ogólnopolski hejt, zacząć walczyć w Prime MMA, odbyć siedem walk w oktagonie, otrzymać stypendium ministra, przeżyć kolejne fale hejtu, żeby w końcu opłata reprograficzna została znowelizowana i ZAIKS [pisownia oryginalna] miał jeszcze więcej kasy”.

Jakby nie patrzeć, sprawne lawirowanie między państwową kroplówką a komercyjną rozrywką najniższych lotów to umiejętność, której mogliby Jasiowi pozazdrościć najwięksi wyjadacze show-biznesu. Być może właśnie tak ma wyglądać nowoczesna walka o kulturę. Kapela ma satysfakcję, choć tak naprawdę nie on jest realnym sprawcą tej zmiany, a raczej jej symbolem. ZAiKS ma pełniejsze konto, a my? My po prostu zapłacimy więcej za każdego smartfona, tablet czy laptopa.

No cóż, to Marta Cienkowska, minister kultury i dziedzictwa narodowego, podpisała nowelizację rozporządzenia o opłatach reprograficznych. Dystrybutorzy elektroniki będą odprowadzać jeden procent od ceny netto urządzeń na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Brzmi skromnie, ale w praktyce oznacza konkretne kwoty: smartfon w cenie hurtowej 1,5 tys. zł generuje 15 zł opłaty, laptop za 3 tys. zł – 30 zł. Przy wolumenach, jakimi operują duzi dystrybutorzy IT, dziesiątki tysięcy urządzeń miesięcznie, mówimy o setkach tysięcy złotych rocznie odprowadzanych do organizacji zbiorowego zarządzania. Formalnie obowiązek spoczywa na dystrybutorach. W praktyce branża nie ma wątpliwości: to koszt, który zostanie przerzucony w dół łańcucha. Konsument nie zobaczy tej pozycji na fakturze, lecz przy kasie, gdy cena telefonu okaże się o kilkadziesiąt złotych wyższa. Niemniej Marta Cienkowska uspokaja, że opłata nie jest podatkiem, bo nie trafia do budżetu państwa, a koszt ponoszą producenci i importerzy, a nie konsumenci.

Jednak, jakby nie patrzeć, ta danina to relikt epoki, która już nie istnieje. Sens opłaty reprograficznej był niegdyś prosty i uczciwy. Kupujesz płytę, nagrywasz ją na kasetę, artysta nie dostaje nic za tę kopię, niech więc przynajmniej producent nośnika dorzuci się do wspólnej puli. Logika z czasów magnetofonów i nagrywarek CD. Miała ona sens w czasach powszechnego kopiowania treści.

Dziś większość użytkowników przyjęła inne założenie: płacę za dostęp, nie za posiadanie. Miesięczny abonament, muzyka w chmurze, żadnych plików – tak działają dziś Spotify, Apple Music czy Tidal. Co istotne, platformy streamingowe faktycznie płacą artystom za każde odtworzenie: w czasie rzeczywistym, proporcjonalnie do słuchalności, w sposób mierzalny i transparentny. Przykładowo gwiazdy polskiego rapu, takie jak Oki, Mata czy Taco Hemingway, inkasują z tego tytułu po kilka milionów złotych rocznie. Mechanizm działa.

I tu pojawia się sedno absurdu. W cenie smartfona ukryta jest opłata reprograficzna, bo teoretycznie można na nim kopiować cudzą twórczość. Jednak jego użytkownik płaci abonament streamingowy, jeśli faktycznie chce słuchać muzyki. Płaci więc dwa razy: raz za możliwość, której nie używa, i raz za usługę, z której korzysta. Co ciekawe, sprawa była już przedmiotem rozstrzygnięcia Trybunału Sprawiedliwości UE. Trybunał wskazał, że użytkownik w streamingu nie ma pełnej kontroli nad kopią, nie może jej przesłać znajomemu ani swobodnie skopiować poza aplikację, co podważa zasadność nakładania opłaty reprograficznej bezpośrednio na usługi streamingowe.

Zwolennicy rozporządzenia mają swój argument i warto go potraktować poważnie: twórcy mają prawo do wynagrodzenia za każdą formę eksploatacji ich dzieł, a prawo autorskie powinno nadążać za technologią. To argument uczciwy, szczególnie w kontekście artystów niszowych, których streaming słabo wynagradza, bo algorytmy faworyzują masową słuchalność. Problem w tym, że opłata reprograficzna tego problemu nie rozwiązuje. Pieniądze z niej nie trafiają precyzyjnie do pomijanych twórców, ale do systemu dystrybucji zbudowanego pod inną epokę. Jeśli celem jest wsparcie artystów marginalizowanych przez streaming, potrzeba nowego narzędzia, nie zaś starego, przykładanego do nowej rzeczywistości i licząc, że nikt nie zauważy niedopasowania. To nie reforma prawa autorskiego. To fiskalna archeologia, próba rozwiązywania problemów XXI wieku narzędziami z końca XX stulecia. Jaś Kapela ma powody do satysfakcji. System również. Tylko niewiele ma to wszystko wspólnego z rzeczywistością. Z kulturą w zasadzie też nie bardzo.