Co było tym kluczowym impulsem dla pracoholika z nadwagą do na tyle radykalnej zmiany stylu życia, żeby wziąć udział w tak trudnym fizycznie wyzwaniu, jak program Ninja Warrior?

Krzysztof Swaczyński Rodzina. To był ten moment, kiedy naszła mnie refleksja na temat mojego stylu życia i tego, jak ten styl przekłada się na najbliższych. Od lat pracowałem wtedy w największych firmach konsultingowych, gdzie robiłem dużo ciekawych projektów i gdzie się zawodowo realizowałem. Akurat dostałem awans i podczas rozmowy coachingowej, dotyczącej rozwoju umiejętności miękkich, zostałem zapytany, co stanowi o moim dobrostanie. Odpowiedziałem, że coś, z czego rezygnuję na rzecz pracy, czyli czas z rodziną i czas na sport, który amatorsko zawsze był dla mnie ważny. Pytanie było o tyle istotne, że już wtedy postanowiliśmy z żoną powiększyć naszą trzyosobową rodzinę i zastanawialiśmy się, jak będzie wyglądać nasze życie, gdy urodzi się drugie dziecko – córka Natalia. Sprawa poważna, bo w przypadku syna Adama właściwie byłem prawie nieobecny w pierwszych trzech latach jego życia. Wracałem do domu o 20-ej czy 21-ej i kładłem go spać.

Z jednej więc strony miał Pan potrzebę wygospodarowania czasu dla rodziny, a z drugiej na sport? Nawet nie pytam, co było ważniejsze.

Niektóre rzeczy w życiu nie mają daty przydatności. Na siłownię można pójść na jakimkolwiek etapie życia, ale dziecko tylko raz będzie miało dwa, trzy czy osiem lat. Rozmowa z żoną i coachem to był impuls do stwierdzenia, że moja droga życiowa powinna ulec zmianie. Wtedy zaczęliśmy prowadzić z moim obecnym wspólnikiem, Józefem Sulwińskim, rozmowy o nowym pomyśle na życie. Zwłaszcza, że nie tylko się przyjaźniliśmy i nadal przyjaźnimy, ale też cenimy z powodów biznesowych. I tak powstał Seqred.

Wydawałoby się, że rozwój nowej firmy, paradoksalnie, odciągnie Pana zarówno od rodziny, jak i planów sportowych…

Było takie ryzyko i dlatego świadomie zarządziłem tym tematem tak, jak to robiłem jako konsultant na potrzeby biznesu. Stworzyłem framework działania, zgodnie z którym nie mieliśmy być jak startupowcy, którzy na cały dzień zamykają się gdzieś w piwnicy czy garażu i chcą zbawiać świat. Zaczęliśmy działać mając już zaplanowane konkretne projekty, które dawały nam pewność, że biznes będzie się spinał od samego początku. Oczywiście towarzyszyła nam niepewność, ale poświęciliśmy całe dziewięć miesięcy na to, żeby opisać, jak będzie funkcjonować nasza firma w pierwszych dwóch latach. W tym celu posługiwaliśmy się znanymi nam narzędziami konsultanckimi. Poza tym założyłem firmę z osobami, które znałem, więc byłem spokojny o to, że od początku będę mógł zarządzać swoim czasem z myślą o rodzinie.

A gdzie w tym było miejsce na aktywność sportową?

Z rozmysłem planowałem swój wysiłek fizyczny. Na początek dwa razy w tygodniu biegałem lub jeździłem na rowerze. Potem zacząłem szukać kolejnych aktywności, a pierwszą z nich był Runmageddon, czyli bieganie z przeszkodami. Na pierwszych zawodach dobrze sobie poradziłem, jeśli chodzi o zwinność i siłę, natomiast miałem problem z utrzymaniem właściwego tempa biegu. Do dzisiaj pamiętam ten pożar w płucach. Jednak pomimo tego, że nie miałem specjalnego przygotowania, znalazłem się w połowie stawki. To był pozytywny i zachęcający sygnał na przyszłość. Zaangażowałem się w ten sport tak mocno, że zgodnie z moją kompulsywną naturą znowu zaburzony został mój balans życiowy. Kiedy zacząłem biegać z elitą tego sportu, zrozumiałem, że dalszy progres wymagałby poświęcenia dużej ilości czasu na bieganie. Wtedy zdecydowałem się na nowy sport – Ninja Warrior, bo ćwiczenia w sportach przeszkodowych nie są tak czasochłonne jak biegi. Początkowo, jak zobaczyłem, na czym to polega, uznałem, że to jakiś „kosmos”. W końcu zachęcili mnie do tego żona z synem, a ja pomyślałem, że warto zawalczyć o marzenia. Droga była kręta, bo żeby w ogóle wejść na ten niesamowity tor przeszkód, zrobiony z ogromnym rozmachem w obiekcie Arena Gliwice, trzeba przejść wymagające eliminacje. Z tym, że sama sprawność fizyczna nie wystarcza, bo liczy się też historia zawodnika, która powinna być inspirująca dla widzów. Moja opowieść była historią odmienionego korporaty-pracoholika z nadwagą.

Czy tak intensywny trening nie jest niebezpieczny dla organizmu? Czy korzysta Pan z asysty lekarzy, dietetyków, masażystów?

Jak się coś z rozmysłem zaplanuje i wykona, to niemożliwe staje się możliwe. Do tego jednak rzeczywiście niezbędne jest wsparcie ze strony znawców tematu. Miałem ten przywilej, że wszedłem do społeczności miłośników Runmageddonu na dość wczesnym etapie rozwoju tego sportu i zostałem przez nią serdecznie przyjęty. Dzielono się ze mną wszelkimi eksperckimi informacjami, jak chociażby na temat tego, jak ważna jest właściwa regeneracja organizmu, w tym fizjoterapia. Z tym, że nie tylko wtedy, gdy coś złego się dzieje, ale jako stały element treningu, którego celem jest przyspieszanie regeneracji różnych partii mięśni. Z czasem dość dobrze nauczyłem się, jak działa cały aparat ruchu człowieka. Przy okazji poznałem nowych ludzi, z innego świata niż świat korporacji, konsultingu i informatyki. Także nie chodzi tu tylko o sam sport, ale też kwestie społeczne, co było dla mnie niesamowicie odświeżającym i rozwijającym doświadczeniem.

A jak wygląda kwestia diety? Na pewnym poziomie nie da się od tego tematu uciec…

Zdecydowanie tak. Zwracam dużą uwagę na to, co jem i kiedy jem, obserwuję swój organizm, a przed nagraniem Ninja Warrior monitorowałem liczbę kalorii i dbałem o właściwe składniki odżywcze.

Jakie są pańskie dalsze sportowe plany na ten rok i kolejne?

Na razie skończyłem przygodę z Ninja Warrior i mój ostatni występ w tym programie odbędzie się w marcu tego roku. Teraz mam nowy, dalekosiężny cel, który planuję zrealizować w perspektywie trzech do pięciu lat. Chcę wspiąć się na El Capitan, a więc pionową kalifornijską skałę, prawie kilometrowej wysokości, czyli mniej więcej taką jak Burj Khalifa. Tym samym zmieniłem dyscyplinę na wspinaczkę. Przy czym celowo nowe wyzwanie rozłożyłem na kilka lat, żeby mieć więcej czasu dla rodziny i na realizację nowej firmowej strategii.

No właśnie, przejdźmy do spraw biznesowych: założyliście firmę tuż przed pandemią, co akurat przy waszym profilu działania nie stanowiło problemu, a chyba wręcz przeciwnie?

W 2018 roku, w którym zakładaliśmy firmę, weszła ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, a temat ochrony danych był coraz bardziej istotny dla całej gospodarki. Razem z Józefem dostrzegliśmy rynkową niszę związaną z bezpieczeństwem automatyki przemysłowej i przemysłowych systemów sterowania, a więc ochrony danych na styku OT/ICS i IT. Jeszcze jako konsultant spotykałem się nagminnie z sytuacją, w której audyt infrastruktury przemysłowej wykazywał pewne potrzeby, ale brakowało inżynierów, którzy mogliby konkretne zalecenia realizować w praktyce. W poprzedniej pracy, żeby w ogóle przeanalizować automatykę klienta pod kątem bezpieczeństwa, musieliśmy czasem sięgać po specjalistów z amerykańskiej firmy.

Jak w takim razie, przy braku lokalnych specjalistów, wystartowaliście z biznesem w Polsce?

Już jako Seqred od początku rekrutowaliśmy polskich inżynierów bezpieczeństwa i uczyliśmy ich automatyki, a z drugiej strony zatrudnialiśmy automatyków szkoląc ich w dziedzinie IT, w kontekście bezpieczeństwa. Generalnie, dużo inwestujemy w szkolenia, wysyłając naszych specjalistów do USA. Przy czym pandemia zwiększyła zakres zagrożeń, podatności i ryzyk, co biznesowo dla nas było korzystne, przekładając się na wyższe zapotrzebowanie na nasze kompetencje. Zaczynaliśmy w 2018 roku w trzy osoby, a teraz nasz zespół składa się z blisko trzydziestu specjalistów.

Kilka miesięcy temu zatwierdziliście nową strategię na najbliższe lata. Jakie są zawarte w niej kierunki rozwoju Seqred?

Kierunki są trzy. Pierwszy zakłada dalsze powiększanie zespołu, co da nam zdolność realizacji coraz większych projektów. Drugi kierunek to eksport naszych kompetencji, do czego zachęcają nas dotychczasowe, pozytywne doświadczenia. Przykładem są Niemcy, ale także ciekawy i dobrze oceniany projekt dla amerykańskiego podmiotu rządowego z sektora militarnego na potrzeby NATO w Europie, w kontekście bezpieczeństwa automatyki i systemów sterowania. Najpierw jednak, zanim zaczęliśmy myśleć o rozwoju zagranicą, musieliśmy wypracować markę w Polsce, poprzez prasę, social media i konferencje. Przyznam, że tego elementu promocyjnego wcześniej nie docenialiśmy, jako że przez lata pracowaliśmy w globalnych, szeroko rozpoznawalnych strukturach. Po lokalnych doświadczeniach uznaliśmy, że na rynkach zachodnich zaczniemy od działań na rzecz rozpoznawalności marki, a nie powolnego budowania pozycji od kontraktu do kontraktu, gdzie za każdym razem musielibyśmy się na nowo uwiarygadniać, tracąc na starcie wobec lokalnej konkurencji. Przykładowo, na rynku holenderskim współpracujemy z dwiema organizacjami non profit, które animują lokalną społeczność cyberbezpieczeństwa – Security Delta oraz InnovationQuarter. W ten sposób stajemy się rozpoznawalni i zdobywamy zaufanie tamtejszych firm.

A ten trzeci kierunek rozwoju?

To bezpieczeństwo usług chmurowych. W tym zakresie przystąpiliśmy do programu partnerskiego Amazon Web Services i Google Cloud. Staramy się obecnie o certyfikacje z zakresu cyberbezpieczeństwa obu tych platform. Rozwiązania chmurowe niebawem będą stosowane nawet w takich miejscach, jak chociażby kopalnie odkrywkowe na potrzeby automatyki w koparkach. Także jest to bardzo rozwojowy dla nas kierunek.

Zwróciłem uwagę, że macie ofertę darmowych usług dla startupów. Są chętni?

Tak, oczywiście. Przykładem jest kalifornijski startup Intellectus, który opracowuje rozwiązania bazujące na AI i uczeniu maszynowym wspierające zaangażowanie i efektywność użytkowników cyfrowych środków komunikacji i analizujące przy pomocy kamer na przykład stopień zaangażowania uczniów czy studentów w procesie e-learningu i nauczania zdalnego. Założycielem tego podmiotu jest Polak Martin Kosela, który skończył studia na Oxfordzie, wrócił do Polski, a obecnie wraz z polskim działem R&D rozwija firmę w Los Angeles mocno inwestując w innowacyjną działalność. Pomagamy mu w tym doradzając w kwestii bezpieczeństwa w procesie przetwarzania danych. Dzięki współpracy ze startupami możemy być na bieżąco, jeśli chodzi o innowacyjne rozwiązania.

Strategicznym doradcą zarządu Seqred jest Dariusz Fabiszewski, bardzo znana postać w branży IT, kiedyś szef Siemensa, Fujitsu, IBM-u i Cisco. Jaką konkretnie rolę pełni w waszej firmie?

Darka poznaliśmy w poprzednich firmach jako osobę o ogromnym doświadczeniu w doradztwie technologicznym i sprzedaży rozwiązań IT. Co ważne, chętnie się swoją wiedzą dzielił z młodszymi menadżerami. Dlatego poprosiliśmy go o wsparcie, szczególnie w dwóch obszarach. Po pierwsze w określeniu kierunków działania, a po drugie łączenia potrzeb rynkowych z naszymi kompetencjami, czyli z kim warto się spotkać, kogo powinniśmy zainspirować naszymi usługami i kto może ich potrzebować. Tego rodzaju wsparcie jest dla młodej firmy niezwykle cenne.

Rozmawiał Tomasz Gołębiowski

Krzysztof Swaczyński  

W branży IT pracuje od kilkunastu lat, począwszy od stanowiska Architecta w Sygnity, poprzez karierę konsultanta w takich firmach, jak EY (Senior Manager) czy Boston Consulting Group (Project Leader). W 2018 r. był współzałożycielem Seqred, zaś na początku 2022 r. został CEO Seqred International, odpowiedzialnym za ekspansję spółki zagranicą. Jest absolwentem Politechniki Warszawskiej (inżynier oprogramowania), ukończył też podyplomowe studia w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, jak również Massachusetts Institute of Technology (Sloan School of Management).