O tym, że „Polak potrafi”, wiemy od dawna. Czy jednak polskie firmy potrafią być na tyle innowacyjne, żeby zapewnić nam nową jakość życia i skutecznie konkurować z zagranicznymi?

Niestety, nie widać tej innowacyjności. Są firmy, które są ciekawe, mają interesujące lub nietypowe obszary swojej działalności, przez co wyróżniają się na tle podobnych, konkurencyjnych spółek. Jednak generalnie w Polsce innowacyjność nie jest potrzebna do prowadzenia biznesu. Po 35 latach od transformacji ustrojowej nadal jesteśmy krajem, w którym priorytet ma cena, więc firmy skupiają się przede wszystkim na niskich kosztach i nie dbają o długoterminową wizję prowadzonego biznesu oraz o to, czy utrzyma się on na rynku przez najbliższych 5–10 lat. Efekt jest taki, że wiele firm po prostu wegetuje, a do tego innowacyjność nie jest potrzebna. Takie globalne trendy jak cyfrowa transformacja są dla nich niezrozumiałe i przez ich kadrę zarządzającą uznawane za fanaberię.

A może to klienci nie oczekują, żeby ich dostawcy byli innowacyjni?

Oczywiście, to jest zespół naczyń połączonych. W gospodarce centralnie sterowanej problemem była dostępność towaru, a cena nie miała większego znaczenia. Gdy w gospodarce wolnorynkowej towar zrobił się powszechnie dostępny, ludzie poszukują najtańszego. Widocznie na zauważenie przez społeczeństwo innych zmiennych tego „równania”, jak jakość czy właśnie innowacyjność, musimy jeszcze poczekać. Dopiero gdy ceny towarów lub usług są do siebie zbliżone, klienci zaczynają zauważać dodatkowe wartości. Bardzo dobrym przykładem są tu paczkomaty, których koncepcja – wobec klasycznych usług pocztowych – jest oczywiście innowacyjna. Jednak gdyby cena wysyłania paczek na poczcie spadła o połowę, to zapewniam, że z paczkomatów prawie nikt by nie korzystał, mimo zapewnianej przez nie wygody. Z drugiej zaś strony, Polacy często wyjeżdżają za granicę i po powrocie opowiadają z zachwytem jakie tam są innowacyjne usługi, a u nas zacofanie. Szkoda tylko, że nie rozumieją, jak bardzo to od nich samych zależy.

Co powinno się wydarzyć, żeby ta sytuacja uległa zmianie?

Ta zmiana się pojawia, ale zbyt wolno, co jest pochodną powolnego bogacenia się polskiego społeczeństwa. Myślę, że zajmie to jeszcze ze 2–3 dekady, abyśmy mentalnie w kwestiach rozumienia reguł rynkowych i zachowania konsumentów dorośli do poziomu, który obserwujemy na Zachodzie i oceniamy jako atrakcyjny. Abyśmy zwracali uwagę na to, że wyższa cena usługi oznacza, iż więcej zarobi wykonująca ją osoba, a więc lepiej przyłoży się do pracy. Albo na ślad węglowy generowany przez dany produkt lub usługę – obecnie to nie interesuje praktycznie nikogo. Bez takiej wrażliwości ciężko będzie nam wejść na wyższy poziom, a wciąż mamy w tym zakresie dużo do zrobienia.

Czy 20 lat obecności w Unii Europejskiej nic nam nie dało?

Dało wiele, ale nadal jesteśmy biednym krajem w środku Europy, którego gospodarka zależy od mało wykwalifikowanej kadry, masowo zatrudnianej za niskie wynagrodzenia. Do tego jesteśmy dumni z tego, że duże zachodnie koncerny otwierają u nas swoje fabryki i magazyny. Tymczasem nie zauważamy, iż one robią to wyłącznie z tego powodu, że dzięki temu zyskują tanią, ale dość ambitną i pracowitą siłę roboczą. Stosując takie podejście będziemy mieli duże problemy w nieodległej przyszłości, bo za rogiem czyha rewolucja związana ze sztuczną inteligencją, która wprowadzi rynkową gospodarkę na zupełnie inne tory. Tania i niskowykwalifikowana siła robocza zostanie zastąpiona jeszcze tańszymi w obsłudze maszynami, co zresztą postępuje od wielu dekad, ale za chwilę nabierze olbrzymiego tempa. Będziemy potrzebowali tabunów ludzi, którzy mają cyfrowe kwalifikacje, aby tymi maszynami zarządzać, analizować agregowane informacje i wyciągać biznesowe wnioski. Jeśli tego nie zrobimy, to zacznie się dość ponury czas, w którym jako kolonia będziemy mieli możliwość głównie konsumowania, wybierając wyłącznie, czy towary będą dostarczane nam przez produkujących je Amerykanów, Chińczyków czy Hindusów. Polakom wydaje się, że cały czas idziemy do przodu, ale absolutnie źle rozpoznajemy problemy wynikające z tych tektonicznych przesunięć na globalnych rynkach pracy, a bez wyciągnięcia z nich odpowiednich wniosków nie będziemy w stanie czerpać korzyści.

Jak dużym zagrożeniem jest to, że innowacyjni Polacy masowo poszukują pracy w zagranicznych podmiotach i emigrują?

Kiedyś było to pokazywane jako szansa: nauczą się „zachodnich” metod pracy i wrócą, a następnie zaszczepią je u nas. Tylko jakoś to się nie dzieje. Trzeba przyznać, że w skali kraju globalizacja działa na naszą niekorzyść. Na benefity mogą liczyć tylko wspomniane osoby, które na swojej innowacyjności mogą zarobić gigantyczne pieniądze za granicą, spełniając się jednocześnie zawodowo. Jeśli mają talent i potrafią się dobrze sprzedać, to od razu zyskują szansę na zameldowanie się w pierwszej lidze, bo bardzo szybko znajdą zatrudnienie lub ich firmami zainteresują się największe inkubatory czy inwestorzy z Doliny Krzemowej. To smutne, ale jeśli tak łatwo godzimy się na „utratę” takich talentów, to jednocześnie tracimy ten „pazur”.