Kiedy poprzedni rząd ogłosił program „Laptop dla ucznia” z myślą o czwartoklasistach, pozwoliłem sobie na żart, że sprawiedliwość wymaga, aby w kolejnym roku pomyśleć o piątoklasistach, za dwa lata o szóstoklasistach, a za trzy o młodych ludziach z klas siódmych. Oczywiście kabaretowa wizja jednego i tego samego rocznika uczniów, do którego co roku trafia kolejny nowy laptop, się nie ziści. Nie tylko dlatego, że była niewinnym żarcikiem, ale w ogóle zmianie uległa cała rządowa koncepcja. Nowy pomysł, pod nazwą „Cyfrowy uczeń”, ma być teraz szeroko konsultowany „społecznie” i zaakceptowany przez Komisję Europejską. A przede wszystkim ma być kompleksowy, stanowiąc „plus dla ucznia, rodzica i nauczyciela” (cytat z ministra Gawkowskiego).

I teraz, niezależnie od tego, czy w sprawie laptopów dla uczniów mamy do czynienia z racjonalną decyzją o zawieszeniu źle pomyślanego i fatalnie zrealizowanego projektu, czy też raczej z polityczną zemstą na poprzednikach (nie brakuje zwolenników jednej i drugiej tezy), całym sercem kibicuję zapowiedzi, zgodnie z którą decyzja o ostatecznym kształcie „Cyfrowego ucznia” będzie poprzedzona analizą wykonaną przez Instytut Badań Edukacyjnych. Analiza ma dotyczyć (cytuję): „wykorzystywania nowych technologii w edukacji i potrzeb sprzętowych na różnych etapach edukacji oraz wykorzystania różnych urządzeń, w tym mobilnych”.

Nie chcąc się narzucać, mam dwie sugestie dla specjalistów z IBE. Po pierwsze niech wezmą pod uwagę działania szwedzkiej minister edukacji, która uznała, że „środowisko pozbawione ekranów stwarza dzieciom lepsze warunki do rozwijania relacji oraz pomaga się skoncentrować”. Z tego powodu Charlotta Edholm zaleca, aby „cyfrowe pomoce naukowe wprowadzać dopiero w późniejszym wieku”. Co ciekawe, w szwedzkich podstawówkach egzaminy znów mają być przeprowadzane w tradycyjny sposób, z wykorzystaniem nie klawiatury, ale długopisu. Do podobnych wniosków, co Szwedzi, doszli Duńczycy. Władze w Kopenhadze zalecają teraz oficjalnie, aby uczniowie nie korzystali z laptopów podczas zajęć lekcyjnych, o ile nie jest to absolutnie konieczne.

Wracając na polskie podwórko, chcę też zwrócić uwagę IBE na wyniki międzynarodowego testu PISA, badającego umiejętności uczniów w poszczególnych krajach. Zwykle media koncentrują się na umiejętnościach matematycznych, gdzie nasza młodzież plasuje się w czołówce. Jednak PISA analizuje też umiejętności „miękkie”, w tym interpersonalne – i w tym zakresie polska młodzież szkolna nie wypada już tak dobrze. A, jak wiadomo, wielogodzinne ślęczenie z głową „w ekranie” rozwojowi umiejętności społecznych wręcz szkodzi (dość przypomnieć wymuszone na Marku Zuckerbergu publiczne przeprosiny za cyfrowy hejt na Instagramie i Facebooku, który skutkował samobójstwami wśród dzieci i młodzieży!).

Dlatego trzymam kciuki, żeby analiza IBE w niczym nie przypominała audytu dotyczącego zasadności budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. Dla dobra naszych dzieci.