Krótki (służbowy) miesiąc miodowy
Podpisanie umowy o pracę kończy etap partnerstwa, a zaczyna okres podporządkowania.
Górą jest ten, kto płaci?
Powyższa teza może się wydawać kontrowersyjna, a jednak bardzo często tak właśnie się dzieje. Może nie dotyczy klasycznych rekrutacji na niższe stanowiska, prowadzonych przez działy HR czy firmy rekrutacyjne. Niemniej nagminnie ma miejsce, gdy właściciel lub prezes ściąga do firmy kogoś o wysokich kwalifikacjach, na wysokie stanowisko albo do ważnego projektu. Najczęściej wtedy, gdy w firmie ma być wdrażana duża i trudna zmiana. W trakcie negocjacji tenże właściciel z jednej i profesjonalista z drugiej strony, rozmawiają jak równy z równym, snują plany co do wspólnych przedsięwzięć, prawią sobie komplementy, doceniają swoje osiągnięcia i kompetencje… Profesjonalista zwykle czuje się bardzo dowartościowany postawą właściciela i tym, że to właśnie jego wybrał do współpracy w tak ważnym dla przedsiębiorstwa momencie. Są partnerami.
Po zawarciu umowy relacja między nimi potrafi się zmienić diametralnie. Znika partnerskie podejście, a w jego miejsce pojawia się hierarchia. Właściciel jest na samej górze i „wszystko może”, wszystko mu wypada, z niczego się nie musi tłumaczyć, natomiast każdemu może wydawać polecenia. W końcu właściciel zbudował ten biznes i zna się na wszystkim. Dlatego kompetencje profesjonalisty przestają się liczyć, o ile ma swoją własną koncepcję osiągnięcia celu wyznaczonego przez właściciela. Ma robić tak, jak właściciel mu nakazuje.
Wówczas rodzi się zasadne pytanie, po co zatem zatrudniał tak wybitnego profesjonalistę? Jednak nawet nie to jest takie szokujące, jak właśnie ta zmiana partnerskiej relacji na relację podległości i zwierzchności. Eksponowanie swojej właścicielskiej pozycji, która w ocenie tej osoby ma o wiele, o niebo większe znaczenie niż jakieś tam kompetencje profesjonalisty.
Właściciele często traktują pracowników, włącznie z najwyższą kadrą, jak swoją własność i nią rozporządzają, czasem wręcz narzucając aktywności nie związane z pracą albo właśnie zabraniając wszelkich innych zajęć, np. społecznych czy akademickich, co gorsza z próbą zagospodarowania sobót czy narzucaniem działań wpływających na osobowość (np. coachingów czy praktyk duchowych).
Właściciele nie zawsze uświadamiają sobie, że podmiotowo traktują swoją kadrę i że to głęboko uraża poczucie godności ludzi. Niektórzy zostaną w takiej firmie, przyzwyczają się, wypracują swoje strategie przetrwania i neutralizowania właściciela. Jednak wybitni profesjonaliści tego nie zaakceptują i uciekną tak szybko, jak mogą.
Być może na ten negatywny aspekt postawy właścicielskiej czasem nakłada się kompleks kulturowy w postaci przekonania: „jak mu płacę, to jest mój”. To też pokazuje, że choć umowa jest ekwiwalentna (praca za wynagrodzenie), to wynagrodzenie jest wyżej w hierarchii niż praca. Górą jest ten, który płaci, a nie ten, któremu jest płacone, który ma wiedzę, umiejętności, wykonuje pracę.
Gdy ktoś pracuje, a ktoś mu płaci – kończy się partnerstwo, choć właściwie powinno się zaczynać! Są firmy i są właściciele, którzy nie wpadają w tę pułapkę, ale za często słyszę właśnie o takiej opisanej dynamice wydarzeń i relacji.
Artykuł pierwotnie ukazał się na portalu społeczności Business Dialog (www.businessdialog.pl).
Iwona D. Bartczak Partner Business Dialog, szefowa Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”.
Podobne wywiady i felietony
Pieniądze nie rozwiązują problemów organizacyjnych
Dlaczego wysokie wynagrodzenia nie gwarantują stabilności zespołów?
Rekrutacja staje się bardziej „świadoma”
Firmy nie przestają zatrudniać. Przestają udawać, że chaos jest okej…
Energia potrzebna od zaraz
Kto będzie miał reaktory, będzie miał centra przetwarzania danych.
