IPv8? Dlaczego nie?
Branża IT bardzo lubi opowiadać o architekturach nowej generacji, ale znacznie częściej specjalizuje się w utrzymywaniu przy życiu architektur starej generacji.
Krzysztof Jakubik, redaktor CRN Polska
W kwietniu przez „technologiczną” odnogę internetu przewinęła się momentami żywa dyskusja o czymś, co jeszcze kilka lat temu brzmiałoby jak żart z konferencji dla administratorów sieci: czy świat powinien zacząć myśleć o IPv8? Impulsem był draft tego protokołu złożony przez Jamesa Thaina do organizacji standaryzacyjnej IETF (Internet Engineering Task Force) oraz szeroko komentowany na Hacker News. Warto jednak zachować uczciwą narrację, bowiem sam fakt zgłoszenia draftu do IETF nie oznacza jeszcze narodzin nowego standardu – podobny dokument może złożyć praktycznie każdy, a rozpoczęcie prac nad nim to zupełnie osobna kwestia.
Sama koncepcja IPv8 nie sprowadzała się do prostego „dajmy więcej adresów niż w IPv6”, bo ten problem (zgodnie z założeniami tego standardu) praktycznie nie istnieje. W największym uproszczeniu chodziło o odejście od klasycznego adresu IPv4 w rodzaju 192.0.2.1 na rzecz formatu przypominającego 0.0 251 240 192.0.2.1 albo — w uproszczonym zapisie — 64 496 192.0.2.1. Pierwsza część miała identyfikować operatora lub organizację, druga konkretne urządzenie. Według autora miało to nie tylko radykalnie zwiększyć dostępną pulę adresów, ale także uprościć routing i zachować kompatybilność z IPv4. Brzmi rozsądnie, ambitnie i futurystycznie – czyli dokładnie tak, jak zwykle brzmią projekty tworzone przez branżę, która nadal nie zakończyła poprzedniej migracji.
To właśnie ten kontekst uczynił tę dyskusję tak interesującą. Nie dlatego, że IPv8 rzeczywiście jutro stanie się standardem, bo nic na to nie wskazuje (specjaliści dopatrzyli się wielu nieścisłości w złożonym do IETF dokumencie). Ciekawe jest raczej to, że w branży w ogóle pojawił się pomysł rozmowy o kolejnej generacji protokołu internetowego w momencie, gdy IPv6 nadal nie osiągnął pełnej dominacji – mimo że istnieje od końca lat 90.! W wielu krajach popularyzacja IPv6 rośnie całkiem przyzwoicie, szczególnie u operatorów mobilnych i hiperskalerów, ale globalnie internet nadal w ogromnym stopniu działa na starym fundamencie, czyli IPv4.
Warto zatem przypomnieć, jak wyglądała narracja wokół właśnie IPv4 jeszcze kilkanaście lat temu. Ostrzeżenia były bardzo konkretne: przestrzeń adresowa jest ograniczona, liczba urządzeń rośnie wykładniczo, smartfony i IoT dopiero się rozpędzają, więc lada moment internet zderzy się z twardą ścianą. I w 2011 roku IANA (Internet Assigned Numbers Authority) rzeczywiście rozdała ostatnie wolne pule IPv4. Później regionalne rejestry zaczęły racjonować zasoby, a komentarze ekspertów często miały niemal apokaliptyczny ton. Jednak przełom nie nastąpił, bo tak zwykle bywa, kiedy rynek znajdzie tańszy sposób na odsunięcie Armagedonu w czasie.
Tym sposobem okazało się stosowane już od wielu lat rozwiązanie Network Address Translation, które w tym konkretnym przypadku początkowo miało być raczej praktycznym obejściem niż nowym filarem internetu. NAT od zawsze pozwalał ukrywać dziesiątki urządzeń w sieci lokalnej za jednym publicznym adresem IP. Operatorzy telekomunikacyjni rozwinęli ten model do Carrier-Grade NAT, gdzie jeden adres publiczny może obsługiwać znacznie większą grupę klientów, więc z perspektywy użytkownika problem zniknął niemal całkowicie.
To był moment bardzo charakterystyczny dla branży IT. Formalnie rozwiązanie problemu już istniało w postaci IPv6, ale wdrożenie tej nowej wersji protokołu wymagało kosztów, zmian procesów, inwestycji w sprzęt i kompetencje. NAT był brzydszy architektonicznie, ale znacznie tańszy. A nasza branża, wbrew własnej mitologii o przełomach i innowacjach, niezwykle często wybiera rozwiązania „wystarczająco dobre”, jeśli pozwalają uniknąć kosztownej i zbyt angażującej transformacji. To zresztą nie koniec historii IPv4. Gdy wolnych adresów zaczęło brakować, rynek zrobił to, co robi niemal zawsze: zamienił niedobór w produkt i… rozpoczął się handel adresami IPv4.
W efekcie znaleźliśmy się w osobliwym miejscu. IPv4 formalnie miał dawno temu odejść do historii, IPv6 miał przejąć jego rolę, a dziś przedstawiciel środowiska technicznego – trudno nadal ocenić, czy na serio, czy w formie żartu – zastanawia się nad IPv8. Nie dlatego, że IPv6 okazał się techniczną porażką. Wręcz przeciwnie, bardzo dobrze spełnił swoje podstawowe założenie. Problem polega na tym, że sukces techniczny nie oznacza sukcesu wdrożeniowego. W historii branży IT były też inne, podobne osobliwości.
Przykładem może być chociażby Domain Name System (DNS), którego niezbyt świetlaną przyszłość prognozowano w kontekście coraz większej skali ataków DDoS. Zamiast wielkiej wymiany fundamentów internetu branża dołożyła kolejne warstwy: caching, anycast, CDN-y i rozproszone systemy ochrony.
Mamy też powstały w 1959 r. język programowania COBOL, który od dekad regularnie „umiera”, po czym wraca w raportach o systemach bankowych i administracyjnych. Powód jest banalny: kod być może jest archaiczny, ale działa, a jego wymiana oznacza ogromne ryzyko biznesowe. A w świecie korporacyjnym techniczna archaiczność rozwiązania rzadko jest wystarczającym argumentem do jego usunięcia. Podobny mechanizm dotyczył Adobe Flash, który oficjalnie zakończył życie w 2020 r., ale jeszcze długo funkcjonował w systemach przemysłowych i szkoleniowych.
I właśnie dlatego rozmowa o IPv8 jest bardziej interesująca jako komentarz do kondycji branży IT, która bardzo lubi opowiadać o architekturach nowej generacji, ale znacznie częściej specjalizuje się w utrzymywaniu przy życiu architektur starej generacji. Ta druga kompetencja jest zresztą znacznie bardziej dochodowa, choć zdecydowanie gorzej wygląda na konferencyjnych slajdach.
Podobne wywiady i felietony
Opłata w oparach absurdu
Jaś Kapela jest szczęśliwy, ZAiKS jest bogatszy, dystrybutorzy elektroniki dostali nowe obciążenie, a konsumenci kolejny niewidoczny koszt ukryty w cenie telefonu.
Zielony luksus w ciemnej piwnicy
Europa w imię moralnego zwycięstwa dobrowolnie odłącza się od prądu, podczas gdy reszta świata właśnie „dorzuca do pieca”.
