Pamiętacie jeszcze te prezentacje z początku okresu cyfrowej transformacji, gdy dostawcy usług chmurowych z błyskiem w oku tłumaczyli, że nadchodzi koniec zmartwień? Z dużą dozą pewności siebie dowodząc, że nie trzeba już inwestować w serwerownie, UPS-y i licencje na kilka lat z góry? Wystarczy kliknąć „deploy”, ustawić skalowanie i gotowe: koszty spadają, wydajność rośnie, a szef IT może wreszcie z czystym sumieniem pojechać na urlop. Miało być tanio, elastycznie i bezpiecznie. Jak w przypadku elektryczności – klient płaci za stałe elementy umowy, a dodatkowo rozlicza się precyzyjnie za to, co zużywa.

Z najnowszych raportów Canalysa i Flexery wynika, że globalne wydatki na chmurę rok do roku wzrosły o 21 proc., osiągając poziom niemal 91 mld dol. w samym pierwszym kwartale 2025 r. Świetnie, prawda? Tylko skąd tak duży wzrost, skoro w podobnej cenie można dostać coraz większą moc obliczeniową i przestrzeń pamięci masowej (a więc można uznać, że jednostkowe ceny spadają)? Statystyka ta nie odzwierciedla też spowolnionych trendów migracji do chmury ani wzrostu przedsiębiorstw.

Problem w tym, że prawie nikt nie wie, co tak naprawdę uruchomił w tym swoim chmurowym „zoo”. Według badań Flexery aż 84 proc. firm przyznaje, że nie radzi sobie z zarządzaniem wydatkami w chmurze, przy czym większość z nich nie wie, gdzie trafiają ich pieniądze. Średnio o 17 proc. przekraczają budżet, a na przyszły rok planują… zwiększenie inwestycji o 28 proc. Optymizm w IT najwyraźniej jest zasobem odnawialnym…

Jednocześnie, jak podaje Flexera w swoim raporcie „2024 State of the Cloud”, aż 94 proc. firm używa więcej niż jednej chmury, co oznacza, że multi-cloud stał się nie wyborem, a koniecznością. Tyle że zamiast elastyczności, firmy często otrzymują po prostu podwójną dawkę chaosu. Ktoś wrzucił coś do Azure’a, ktoś inny do AWS-u, a potem okazało się, że obie aplikacje same między sobą komunikują się przez publiczny internet i nikt nie „ogarnia” czy w jakikolwiek sposób transfer ten wpływa na rachunki oraz która wersja mikroserwisu jest produkcyjna.

Raport Flexery pokazuje też, że FinOps w firmach to nadal raczej marzenie niż rzeczywistość: tylko 28 proc. respondentów deklaruje, że w pełni wdrożone zostały u nich praktyki zarządzania kosztami w chmurze. Reszta jest na etapie „planujemy” lub – co gorsza – „nie słyszeliśmy”. A przecież te same firmy inwestują rocznie po kilkadziesiąt milionów dolarów w środowiska chmurowe, licząc, że jakoś to będzie. I na koniec: crème de la crème. Według Flexery aż 82 proc. firm ma problemy z dokładnym szacowaniem kosztów chmurowych, a 41 proc. uznało „kontrolę wydatków” za największe wyzwanie w tym obszarze. Czyli nie wiemy, ile wydajemy, ale wydajemy dużo. A jak się coś nie zgadza, to przecież zawsze można przerzucić winę na „nieprzewidziane obciążenia” albo „eksperymentalne środowiska R&D”, zaś na koniec miesiąca i tak wszystko księgujemy jako „inwestycję w innowacje”…

Z tych samych raportów wynika, że średnio 27 do 32 proc. wydatków chmurowych to marnotrawstwo. To tak, jakby zamówić pizzę, zjeść trzy czwarte, a resztę spalić w piecu. I robić tak codziennie, przez cały rok, a na koniec z dumą zapłacić rachunek. Tak właśnie robią firmy z nieskasowanymi instancjami aplikacji, niepotrzebnymi kopiami baz danych i backupami sprzed dwóch dekad.

Jednak najciekawszy w tym wszystkim jest paradoks skali. Im bardziej przedsiębiorstwo się rozwija, tym więcej marnuje. Bo to właśnie duże firmy najczęściej wpadają w pułapkę „cloud driftu”, czyli momentu, gdy nikt już nie wie, co dokładnie działa, gdzie i po co. Architektura? Ktoś kiedyś zaprojektował, potem dołożyliśmy AI, potem mikroserwisy, a potem wszystko zaczęło żyć własnym życiem.

W tle tego wszystkiego dzieje się jeszcze cicha, ale znacząca rewolucja: repatriacja. Wiele firm odkrywa, że powrót do infrastruktury on-premise wcale nie jest głupim pomysłem. Że może jednak, o zgrozo, warto zainwestować we własny sprzęt i odzyskać kontrolę nad tą całą cyfrową menażerią. I że czasem taniej jest kupić nowy serwer, niż przez rok płacić za „elastyczność”, z której nikt nie korzysta.

Oczywiście chmura nie jest zła. To nie ona jest winna, że nikt w firmie nie zadał sobie trudu, aby ją zrozumieć. Problem w tym, że została sprzedana jako magiczne pudełko, które rozwiąże wszystkie problemy. Tymczasem to raczej laboratorium chemiczne: możesz stworzyć cudowny lek albo spektakularnie wszystko wysadzić w powietrze (czyli – nomen omen – do chmury). A większość zespołów IT dostaje do ręki pipety, nie wiedząc nawet, że powinny założyć okulary ochronne.

Na koniec dodajmy jeszcze jeden czynnik: sztuczną inteligencję. Tak, AI to przyszłość, więc każdy chce mieć swój LLM i model predykcyjny, ale mało kto zauważa, że koszty inferencji (czyli działania modelu, nie jego trenowania) potrafią być wielokrotnie wyższe od samego wdrożenia. I że nagle każda aplikacja „z AI” generuje ruch sieciowy, koszty przechowywania danych i zużywa takie ilości mocy obliczeniowej, które potrafią zrujnować każdy budżet.

I tak dochodzimy do sedna sprawy: nominalnie, na papierze, cennikowo chmura tanieje. Natomiast realnie koszty spadają tylko w przypadku firm, które zadbały o właściwe procesy oraz dysponują sprawującym nad nimi kontrolę zespołem, który rozumie co robi. Dla wszystkich innych to nadal kosztowa czarna dziura. Elegancka, z popularnym logo i certyfikatem ISO, ale jednak wciąż czarna dziura.

Krzysztof Jakubik Krzysztof Jakubik  

Redaktor prowadzący Vademecum rynku IT oraz dziennikarz CRN Polska.