Środowisko aniołów biznesu w Polsce jest bardzo rozproszone. Są wśród nich osoby bardzo profesjonalne, które mają za sobą cenne doświadczenia, network i wnoszą realną wartość, jednak są też takie, które należy omijać szerokim łukiem. Dlaczego? Część z nich mianuje się aniołem biznesu, bo na przykład włożyło 5 tysięcy złotych w jeden biznes. Inni to zawodowi doradcy, którzy widzą w ten sposób możliwość zwiększenia własnej wiarygodności, by sprzedawać usługi. Motywacji jest wiele, jednak o ile środowisko venture capital jest co do zasady sprofesjonalizowane i można od funduszy oczekiwać pewnego minimum, choćby w zakresie procedur, to w sektorze aniołów biznesu panuje wolnoamerykanka. Dlatego trzeba bardzo uważać, z kim wchodzi się we współpracę.

Kim jest i po co komu angel?  

Rynek Venture Capital ma się w Polsce świetnie – bije rekord za rekordem w różnych kategoriach. Pytanie, które rodzi się wręcz automatycznie: „po co komu angel?”. Z praktycznego punktu widzenia większość VC chce inwestować najwcześniej na etapie seed. Wymaga, by było już gotowe MVP, a idealna w duecie jest również pierwsza trakcja, która uwiarygadnia model. Biorąc pod uwagę obecne stawki programistów, relatywnie szybko w startupach tworzy się luka kapitałowa i to jeszcze na etapie pre-seed. Skończyły się oszczędności i środki zebrane od rodziny i znajomych, natomiast dla VC wciąż za wcześnie. Wtedy często pojawia się angel.

Ile inwestuje angel? Komisja Europejska w jednym z raportów pokazuje ciekawe dane: mediana ticketu wynosi 30 tysięcy euro, 10 proc. wszystkich inwestycji przekroczyła pułap 200 tysięcy euro, natomiast 2 proc. oscyluje wokół 1 miliona euro. Co ciekawe, w USA są to częściej znacznie mniejsze kwoty, podobnie jak w Polsce, gdzie osobiście spotykam się najczęściej z przedziałem od 20 tysięcy do 100 tysięcy złotych.

Aniołami najczęściej są przedsiębiorcy, czasem C-level dużych firm. Chcąc inwestować seryjnie, mając środki na follow-on rounds i jednocześnie stosując dywersyfikację w swoich portfelach inwestycyjnych, gdzie 10–30 proc. będą stanowić inwestycje ryzykowne (np. startupy), trzeba mieć po prostu na to środki.

Kiedy pryska czar

Problemy z aniołami często zaczynają się na bardzo wczesnym etapie. Po zaprezentowaniu projektu i wstępnych rozmowach o współpracy pojawia się kluczowy moment – ustalenie warunków brzegowych. Już tutaj z reguły widać, z kim mamy do czynienia.

Pierwszą kwestią są uprawnienia danego inwestora, czyli to, jak głęboka ma być jego ingerencja w spółkę. Rozsądny business angel postawi pewne wymagania, jednak pozwoli founderom działać. Czerwona lampka powinna pojawić się w momencie, gdy za relatywnie niewielkie pieniądze zaczynają się pojawiać zapisy, które wykraczają poza te, które są standardowo stosowane przez fundusze venture capital.

Przykłady? Jednoosobowa reprezentacja w zarządzie, czyli możliwość swobodnego podejmowania decyzji na poziomie CEO i to bez konsultacji z nim, pełny dostęp do rachunku bankowego z możliwością dokonywania transakcji, pisemna zgoda anioła na niemal każde działanie operacyjne w spółce, a na koniec preferencyjne warunki wyjścia i dyskonto do wejścia przy kolejnej rundzie.

Dlaczego tego typu zapisy są tak ważne? Po pierwsze mogą one umożliwić przejęcie kontroli nad spółką. W momencie, gdy będzie działo się źle lub anioł będzie miał inną wizję, może sabotować founderów i działać po swojemu. Po drugie, tego typu konstrukcja uniemożliwia właściwie pozyskanie drugiej rundy bez uprzedniego wyczyszczenia patologicznych zapisów, na co często anioł nie chce się zgodzić, bo dlaczego ma oddawać coś, co już wynegocjował.

Po trzecie to, że ktoś zgodził się na taki układ oznacza, że albo był zdesperowany, albo nie wiedział, w co się pakuje – każdy wariant daje co najmniej pomarańczowe światło dla kolejnego inwestora.

Przedsiębiorca a inwestor

Może wydawać się to nieco niejasne, natomiast bycie przedsiębiorcą a inwestorem to dwie różne role. Dwa odrębne zakresy kompetencji, które mogą się przenikać i uzupełniać – jednak wcale nie muszą. To, że ktoś zbudował świetną firmę, którą sprzedał za setki milionów złotych, wcale nie oznacza, że będzie potrafił zbudować drugą, a tym bardziej, że będzie w stanie wesprzeć kogoś jako inwestor.

Przykładowo – archetypiczny „pan Kazimierz” dorobił się na transformacji gospodarczej. Zbudował dwie fabryki, do dziś pozostając w branży przemysłowej. W jego firmach panuje monarchia absolutna – jako despota zarządza twardą ręką. Finansowo ma się bardzo dobrze, bo koniunktura sprzyja. Dowiaduje się o startupach, zaczyna interesować się tematem, ogląda pierwsze pitch decki. Ocenia je zgodnie ze swoją intuicją – nie ma sprecyzowanych kryteriów inwestycyjnych. Podejmuje decyzję – inwestuje.

Początkowo jest bierny, później zaczyna się niepokoić, kiedy nie widać obiecywanych złotych gór, uniesiony ego i emocjami zaczyna się rządzić w spółce. Pokazuje founderom, gdzie ich miejsce. Resztę historii wystarczy sobie dopisać.

Przedsiębiorczość jest najlepszym możliwym fundamentem do inwestycji, jednak potrzebna jest tu pewna ewolucja. Umiejętność patrzenia z dystansu, godzenie się z porażkami, znajomość rynku, specyfika startupów i ich krzywa rozwoju, ustalone kryteria inwestowania, określony moment wyjścia itd. Te wszystkie rzeczy wymagają doświadczenia, więc zanim śpiewającym krokiem pobiegnie się do notariusza podpisać umowę, warto trzy razy zastanowić się, kto i na jakich zasadach ma zostać udziałowcem oraz jak wysokie jest ryzyko związane z tym kapitałem.

Szymon Janiak  

Autor jest współtwórcą i partnerem zarządzającym funduszu venture capital czysta3.vc