Branża IT przez lata z zapałem opowiadała światu, że automatyzacja to przyszłość, a algorytmy zrobią wszystko szybciej, taniej i bez marudzenia o podwyżkę. Na konferencjach mówiono o „nieuchronności zmian”, w raportach inwestorskich o „rewolucyjnej poprawie produktywności”, a w prezentacjach dla zarządów – o redukcji kosztów operacyjnych. Dziś, gdy obiecywana cyfrowa transformacja zaczyna transformować również samych jej architektów, entuzjazm wyraźnie przygasa. Okazuje się bowiem, że gdy przez lata uczyliśmy świat, jak zastępować ludzi rozwiązaniami technicznymi, bicz, który ukręciliśmy na księgowych, prawników i pracowników działów marketingu, całkiem sprawnie smaga też programistów czy administratorów niższego szczebla.

Co prawda nie ma jeszcze prowadzonych oficjalnie rejestrów zwolnień z powodu AI, ale istnieją już twarde dane pokazujące, że problem przestał być teoretyczny. Monitorująca redukcje zatrudnienia w USA firma analityczna Challenger, Gray & Christmas raportowała w 2025 r. wyraźny wzrost liczby zwolnień, przy których jako przyczyna wprost wskazywane były automatyzacja i wdrożenie AI. W jednym z letnich miesięcy liczba takich redukcji przekroczyła 10 tys. Nie jest to jeszcze Armagedon, ale trend zarysowuje się wyraźny. Tym bardziej, że w wielu dużych firmach nadal trwają analizy, jak w ich działalności można wykorzystać AI do automatyzacji zadań. Według badania „Future of Jobs 2025”, przygotowanego przez World Economic Forum, związaną z tym redukcję zatrudnienia planuje aż 41 proc. podmiotów.

I chociaż powyższa prognoza jest tą najbardziej katastroficzną w tym raporcie, to znajdują się w nim również pozytywne – przynajmniej teoretycznie – informacje. Do 2030 r. około 92 mln miejsc pracy na całym świecie może zostać zastąpionych przez rozwiązania techniczne (w tym AI), ale jednocześnie powstać ma około 170 mln nowych ról (inżynier promptów, trener modeli, specjalista od etyki algorytmów…). Wynoszący 78 mln bilans netto brzmi optymistycznie, warto jednak podkreślić, że te nowe role niekoniecznie powstaną w tych samych firmach czy wręcz krajach. Ergo, ewidentnie brakuje gwarancji, że znajdzie się praca dla tych samych ludzi, którzy stracą dotychczasowe stanowiska.

Branża IT szczególnie boleśnie odczuwa zmianę na poziomie wejścia do zawodu. Z badań Stanford University wynika, że w okresie po premierze narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji zatrudnienie osób w wieku 22–25 lat w obszarach najbardziej „podatnych” na automatyzację spadło o około 16 proc. Trend jest dość wyraźny i w praktyce oznacza jedno: zadania, które przez lata były naturalnym polem treningowym dla młodszych specjalistów (tworzenie prostych modułów, prowadzenie testów, wprowadzanie poprawek, generowanie dokumentacji), coraz częściej wykonują narzędzia GenAI. Modele językowe potrafią stworzyć kod, wskazać błędy i zasugerować optymalizację w czasie, w którym człowiek dopiero otwiera edytor.

Oczywiście nie oznacza to, że AI zastąpi wszystkich programistów czy administratorów. Bardziej złożone projekty, architektura systemów, odpowiedzialność za bezpieczeństwo – to wciąż obszary, w których człowiek jest niezbędny. Problem polega na czymś innym i jest oczywisty: jeśli ograniczymy dopływ młodych kadr, to za kilka lat zabraknie ludzi, którzy będą mogli wejść na poziom seniorów. Nie da się wejść na drabinę kariery, jeśli wytnie się jej dolne szczeble.

Trzeba jednak pamiętać, że to właśnie branża IT najgłośniej przekonywała inne do cyfrowej transformacji. Banki, handel, przemysł – wszyscy słyszeli, że trzeba automatyzować, optymalizować i redukować koszty operacyjne. Teraz te same argumenty wracają do działów IT w postaci pytania od zarządu: skoro AI zwiększa produktywność zespołu o kilkadziesiąt procent, to czy naprawdę potrzebujemy tylu etatów?

WEF podkreśla, że dla pracowników kluczowe będą kwalifikacje przyszłości: analiza danych, integracja narzędzi z AI, aplikowanie krytycznego myślenia. To prawda i trudno z tym polemizować, ale kompetencje te nie pojawiają się z powietrza. Wymagają doświadczenia, realizacji projektów, popełniania błędów i nanoszenia poprawek – dokładnie tych czynności, które obecnie coraz częściej przejmuje algorytm.

W tych niesprzyjających generalnie okolicznościach warto pamiętać, aby nie doprowadzić do wyłącznie demonizowania sztucznej inteligencji. AI rzeczywiście przyspiesza innowacje, ułatwia pracę i pozwala tworzyć rzeczy, które jeszcze kilka lat temu były poza zasięgiem mniejszych firm. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedyną (i często entuzjastyczną) reakcją na wzrost efektywności jest redukcja zatrudnienia. Wtedy zamiast transformacji nakręca się spirala: mniej ludzi, większa presja, jeszcze większa automatyzacja. Nietrudno bowiem zauważyć, że menedżerowie branży IT – skądinąd ludzie dość inteligentni – doprowadzają do sytuacji, w której firmy zjadają swój własny ogon, przyczyniając się do pogłębienia luki kadrowej. Za kilka lat okaże się, że brakuje doświadczonych specjalistów, bo ci młodsi nigdy nie dostali szansy, by nimi zostać. I wtedy nawet najbardziej zaawansowany model nie rozwiąże problemu braku ścieżki rozwoju.

Być może to moment na odrobinę pokory i refleksji nad tym, jak projektować transformację, która nie polega wyłącznie na cięciu kosztów. Bo jeśli jedyną odpowiedzią na wzrost produktywności ma być redukcja etatów, to w pewnym momencie zabraknie nie tylko juniorów, ale i klientów.