Globalny rynek dostawców cyberbezpieczeństwa jest mocno rozdrobniony. Działa na nim ponad 3 tysiące producentów, ale w zasadzie brakuje dominującego lidera. Jak wygląda to w Polsce: czy można u nas doszukać się analogii z rynkiem światowym?

Łukasz Gawron: W Polsce jest podobnie. Powiedziałbym nawet, że nasz rynek jest jeszcze bardziej rozproszony. W poszczególnych segmentach sektora cybersecurity występuje dużo różnych rozwiązań. Są to zarówno produkty bardzo popularne, jak firewalle czy rozwiązania do monitorowania sieci, ale też rozwiązania niszowe związane z bezpieczeństwem OT. Nie ma przy tym dominującego gracza, który kontrolowałby dużą część rynku. Uważam, że wciąż jesteśmy przed etapem integracji i odnoszę wrażenie, że trend postępującej fragmentaryzacji będzie się przez jakiś czas utrzymywał, chociażby ze względu na wciąż powstające kolejne startupy.

Grzegorz Świrkowski: W Polsce obserwujemy inne standardy niż światowe. Po pierwsze, skupiamy się na produktach dostosowanych do specyficznego klienta. To oznacza, że dobieramy rozwiązania cyberbezpieczeństwa, które spełniają lokalne potrzeby i uwzględniają wymagania polskiego rynku. Niejednokrotnie są to zatem popularne produkty, w rodzaju oprogramowania służącego do ochrony urządzeń sieciowych. Są to raczej bardziej innowatorskie, zaawansowane rozwiązania, z którymi z powodzeniem wychodzimy zagranicę, gdzie są entuzjastycznie przyjmowane.

Artur Bicki: W mojej ocenie Polska ma charakter rynku mieszanego. Z jednej strony mamy centra kompetencyjne dużych korporacji, a z drugiej coś, co można określić mianem ruchu polskiego, dobrego inżyniera, trochę z naturą partyzancką. Taki inżynier bardzo chętnie tworzy produkty, szuka rozwiązań, ale za to z dużo mniejszym entuzjazmem podchodzi do produktów zamkniętych, charakteryzujących się mocno sprecyzowaną „mapą drogową”. Lokalni producenci adresują produkty dla rodzimych klientów, których notabene lepiej rozumieją, a jednocześnie idą z nimi dalej, wychodząc z ofertą poza kraj. Tak, jak Polska geograficznie zawsze łączyła Zachód ze Wschodem, tak też jest w przypadku produktów cybersecurity.

Paweł Rybczyk: Jeśli oceniać polski rynek pod kątem działających na nim producentów, to z jednej strony mamy do czynienia z dużymi graczami z Izraela czy Stanów Zjednoczonych, a z drugiej z firmami, które koncentrują się na rozwiązywaniu jakiegoś konkretnego problemu. Tak właśnie jest w naszym przypadku – skupiamy się na określonym obszarze bezpieczeństwa, gdzie chcemy być ekspertem, a nie producentem pokrywającym szeroki wachlarz różnorodnych zagadnień. Osobną kwestię stanowi kanał partnerski, gdzie zachodzi pewna ewolucja. Wprawdzie nie jest to takie przyśpieszenie, jakie ma miejsce na zachodzie Europy, ale widać, że polscy partnerzy znacznie więcej inwestują w sprzedaż usług niż samych produktów. Dostarczenie usługi niesie ze sobą dodatkową wartość, a partner musi się wykazać odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, aby poradzić sobie z problemem klienta.

Mateusz Kopacz: Polski rynek czerpie pełnymi garściami z dobrodziejstw tego wszystkiego, co jest dostępne na całym świecie, co ma swoje dobre i gorsze strony. Na przykład Asseco już od dwóch dekad stosuje w swoim oprogramowaniu najtańszego na rynku antywirusa od czeskiego dostawcy. Niestety, nie odpowiada on na aktualne polimorficzne, ewoluujące w trakcie ataku, zagrożenia. Jednak z drugiej strony nie mamy się czego wstydzić, ponieważ w Polsce ma miejsce wiele dużych komercyjnych wdrożeń w bankach czy w obszarze infrastruktury krytycznej. Rzeczywiście można się pokusić o tezę, że jesteśmy takim mostem łączącym Wschód z Zachodem. Warto jednak zauważyć, że pewne rzeczy nas w pewnym stopniu blokują. Na przykład prawo zamówień publicznych, gdzie kluczowym kryterium jest cena, która może wpłynąć na jakość rozwiązań.

Nie wykorzystujemy też aspektów patriotyzmu gospodarczego. Często marzeniem wielu „bezpieczników” jest znane rozwiązanie ze Stanów Zjednoczonych, cztery do pięciu razy droższe od podstawowych produktów. Niemniej taka hybryda dwóch różnych światów sprawia, że napastnicy natrafiają na trudne do przejścia pole minowe i nie wiedzą, co ich spotka na jego końcu.