Amerykański sen o smartfonie
Donald Trump zaprasza producentów różnorakich dóbr do USA, kusząc ich wizją przemysłowego renesansu i uniezależnienia się od Chin. Pozostaje pytanie, czy wypracowane przez dekady realia globalnej produkcji pozwolą Ameryce na powrót do roli fabryki świata.
Donald Trump na oścież otwiera drzwi, ale nie dla nielegalnych migrantów z Meksyku, lecz dla legalnych producentów ze świata szeroko rozumianego Zachodu. „To idealny moment, aby przenieść swoją firmę do Stanów Zjednoczonych Ameryki, tak jak Apple i wiele innych firm” – napisał na platformie Truth Social prezydent Stanów Zjednoczonych. Co brzmi jak zaproszenie na wielkie biznesowe garden party, na które na razie zaproszenie przyjął… Nowy Sącz. Choć właściwie nie sam Nowy Sącz, a miejscowy przedsiębiorca, który uznał, że łatwiej założyć fabrykę po drugiej stronie oceanu niż pod własnym oknem. Ryszard Florek, prezes Fakro, przez cztery lata bezskutecznie próbował uzyskać zgodę na budowę fabryki schodów strychowych w swoim rodzinnym mieście. Urzędnicy nie wydali mu jednak takiego pozwolenia, w związku z czym schody prowadzą teraz nie na rodzime poddasze, a… do Północnej Karoliny. Produkcja ruszy już w drugiej połowie tego roku.
Donald Trump z pewnością cieszy się z każdego pozyskanego producenta – nawet z odległej Polski, ale szczególnie liczy na rodzimych gigantów, a najbardziej łakomym kąskiem jest firma z „nadgryzionym jabłuszkiem”. Czy jednak naprawdę zobaczymy miliony Amerykanów skręcających iPhone’y, jak sugeruje Howard Lutnick, sekretarz handlu Stanów Zjednoczonych? Trudno powiedzieć. Apple, owszem, to marka globalna, ale jej linie produkcyjne w Azji są mocno zautomatyzowane. Przeniesienie takiego procesu do USA wymagałoby nie tylko hal, ale też rzeszy ludzi od przysłowiowych śrubek – a z tym może być problem. W amerykańskim przemyśle czeka na obsadzenie blisko pół miliona wakatów.
Przez lata „Zachód” żył w przekonaniu, że będzie wymyślał, projektował, budował marki i zgarniał zyski. Znalazł też sobie ludzi od czarnej roboty – montażystów sprzętu. Wybór padł na Chiny, które miały to robić taniej, szybciej i bez zbędnych pytań. Czego chcieć więcej? Wielkie zachodnie koncerny rzuciły się wręcz z entuzjazmem w chińskie objęcia. Jak wyliczyli analitycy z Morgan Stanley, w 2010 roku, dzięki dotacjom, ulgom podatkowym i innym przywilejom, budowa „miasta iPhone’a” w Zhengzhou, produkującego połowę iPhone’ów na świecie, kosztowało Foxconn 1,5 miliarda dol. Przy czym jest to tylko koszt założenia obiektu, a nie jego prowadzenie. W szczytowym momencie pracuje tam 350 tys. osób (!).
Apple oraz inni giganci ze świata elektroniki czy odzieżówki przez lata cierpliwie budowali w Państwie Środka potężny przemysłowy ekosystem i delektowali się rosnącymi marżami i wykresami w soczyście zielonym kolorze. Wszystko się zgadzało. Niemniej Chiny w pewnym momencie odkryły karty i świat zobaczył, że nie zamierzają dłużej odgrywać roli zwykłej „montowni świata” narzuconej im przez zleceniodawców. A już na pewno nie zamierzały dożywotnio siedzieć przy taśmie montażowej. Tamtejsi pracownicy z czasem zdobyli wykształcenie, doświadczenie i nabrali ambicji.
I nagle okazało się, że tania siła robocza przestała być taka tania, a jej największą przewagą nie jest już niska stawka za godzinę, ale kompetencje, których na Zachodzie zaczyna brakować. Nie bez powodu Tim Cook – tak, ten od Apple’a – przyznał niedawno, że nie chodzi tylko o koszty, ale o cały ekosystem ludzi i firm, których po prostu… nigdzie indziej nie ma. Bo gdzie indziej znajdziesz tysiące inżynierów gotowych zacząć pracę następnego dnia? Gdzie indziej linie montażowe rosną w tak oszałamiającym tempie? Oto efekt wieloletniego outsourcingu: kiedy Zachód chce się uniezależnić od Chin, okazuje się, że zbudował z nimi nie tylko więź handlową, ale też stworzył swoisty technologiczny pępek świata. A przecięcie pępowiny okazuje się bolesne.
No bo weźmy na warsztat takiego iPhone’a. Jego najnowsze modele to nie tylko obiekt pożądania nastolatków z całego świata, ale również wyrafinowana układanka, która składa się z około 2700 części. Apple korzysta z usług 187 firm z 28 krajów. I choć firma jest ikoną „amerykańskiej innowacyjności”, to mniej niż 5 proc. komponentów iPhone’a powstaje w USA. W Stanach produkuje się szklaną obudowę, chipy oraz lasery do Face ID. Cała reszta to już wytwór Chin, Japonii, Korei i Europy. Jednak najbardziej uderza inna liczba: Apple zarabia około 400 dolarów na jednym iPhonie 16 Pro (256 GB) – co daje około 36 proc. marży netto. Jeszcze ciekawsze są koszty: montaż i test – 10 dol., bateria – 4 dol., ekran – 38 dol.
Nie bez powodu analitycy TechInsights w rozmowie z Financial Times stwierdzili, że przeniesienie zespołu iPhone’a do USA jest bardzo mało prawdopodobne, bo Chiny to dziś nie tylko montownia, ale kompleksowy ekosystem, składający się z tysiąca wyspecjalizowanych dostawców, rzeszy inżynierów i milionów doświadczonych pracowników.
Amerykańscy politycy mogą mówić o produkcji w kraju macierzystym, ale realia są bardziej brutalne niż slogany wyborcze. Pamiętacie Motorolę? W 2013 r. otworzyła zakład w Fort Worth w Teksasie z entuzjastycznym przekazem: „Produkcja smartfonów w USA jest możliwa!”. Rok później fabrykę zamknięto. Powód? Zbyt drogo i zbyt mały popyt. Dlatego już teraz narracja się zmienia. USA wypada z gry jako centrum produkcyjne iPhone’a, ale pojawiają się nowe kierunki – coraz głośniej mówi się chociażby o Indiach. Tyle że – jak to ktoś trafnie ujął – Indie to nie Indiana…
Podobne wywiady i felietony
SaaSpocalypse: plugin zamiast pracownika
SaaSpocalypse to jedno z najświeższych wyrażeń w słowniku technologicznym, które zdążyło już podzielić branżę na dwa obozy. Dla jednych to czysta histeria, dla innych bardzo poważny sygnał alarmowy.
Zajrzeć pod sukienkę algorytmem
Ponad dekadę temu Jarosław Kaczyński z niechęcią wyrażał się o głosowaniu przez internet, twierdząc przy tym, że wielu jego użytkowników spędza czas na piciu piwa i oglądaniu pornografii. Wówczas uznano tę opinię za przejaw niechęci do technologii, co nie zmienia faktu, że dzisiejszy internauta nie musi już nawet szukać pornografii, bo… tworzy ją sam.
Train office
W trakcie podróży pociągiem warto mieć na uwadze, że innych pasażerów raczej nie interesują szczegóły podpisanych kontraktów, dysputy o zwolnieniu Joli czy Marka, ani treść zawieranych właśnie umów.
