Globalne wyniki Samsung za pierwszy kwartał bieżącego roku mogą robić wrażenie. Zysk netto, w wysokości 30 mld dol., był najlepszym wynikiem kwartalnym w historii koncernu. Przy czym aż 94 proc. zysku operacyjnego pochodzi z półprzewodników. Chyba nikt się takiego sukcesu nie spodziewał?

Maciej Kamiński  Rzeczywiście, to jest wynik, który zaskoczył nas wszystkich. Na jednej z konferencji przed czterema laty prezentowałem dane, według których przychody z półprzewodników stanowiły 33 proc. całości naszej sprzedaży, a uzyskane z tego profity sięgały wówczas 51 proc. Już wtedy był to wyraźny sygnał, jak duże znaczenie ma ten segment dla firmy. Oczywiście, w międzyczasie przeszliśmy przez okres nadprodukcji, który był sporym kłopotem dla całej branży. Objawiało się to chociażby w tym, że sprzedawaliśmy produkty po kosztach, nie pokrywając nawet nakładów inwestycyjnych. Dzisiejsza sytuacja jest zupełnie inna, ale podobnie jak poprzednia, nie była zaplanowana.

W jakim stopniu zaskoczył was boom na sztuczną inteligencję?

Zapotrzebowanie na pamięć po stronie AI rzeczywiście wybuchło i my, jako producenci, wbiliśmy się w ten trend. Nikt u nas nie prognozował aż tak wysokiego udziału półprzewodników w firmowych przychodach. Z jednej strony to olbrzymi sukces, ale z drugiej kłopot dla innych naszych dywizji, które muszą kupować te chipy wewnętrznie po rynkowych cenach.

Czy to trwała zmiana, a może kolejny klasyczny cykl w branży pamięci?

Działamy w warunkach naprzemiennie występujących wzrostów i spadków, z nieustającym cyklem inwestycyjnym w tle i dostrzegam dwa czynniki, które mogą go wydłużyć. Po pierwsze zgodnie z prognozami Goldman Sachs mówi się, że niedobory pamięci związane z rozwojem modeli AI potrwają do 2027–2028 roku. Po drugie, i to jest jeszcze przed nami, ma nadejść faza, w której AI nie będzie tylko odpowiadać na pytania, ale zacznie samo korygować własne procesy. Mowa o modelu, który po wygenerowaniu odpowiedzi rozpoznaje, czego naprawdę chciał użytkownik, i sam się poprawia. Ta faza pochłonie wielokrotnie więcej pamięci niż dzisiaj.

Nie można jednak wykluczyć, że mamy do czynienia z jeszcze jedną bańką…

 To jest zupełnie inna sytuacja niż ta z początku lat dwutysięcznych, gdy kupowało się wszystko, co miało „internet” albo „www” w nazwie. Tamto było szaleństwem. Dzisiaj mamy realne zapotrzebowanie, realne produkty i realne usługi, choć mechanizm napędowy jest podobny do „karty rowerowej” – wszyscy muszą inwestować, bo jeśli nie zainwestujesz, wypadniesz z obiegu.

Zaistniała sytuacja nie sprzyja resellerom oraz integratorom, którzy muszą ustawiać się w długiej kolejce po komponenty. To nie ułatwia prowadzenia biznesu. W jaki sposób staracie się im pomóc?

To jest rzeczywiste napięcie i rozumiem tę frustrację. Staramy się ją łagodzić poprzez świadome balansowanie rynku. Z jednej strony hiperskalerzy absorbują ogromne wolumeny pamięci. Z drugiej strony, my jako „branded memory”, bo tą częścią biznesu zarządzamy – staramy się chronić ekosystem partnerski. Koncentrujemy się na właściwym prognozowaniu, żeby firma alokowała ilości naprawdę nam potrzebne do obsługi lokalnych rynków, przetargów, dystrybutorów i resellerów. To jest świadoma decyzja: dbamy o to, żeby było do czego wracać, gdy rynek znów się przestawi na „normalne funkcjonowanie”.

Część firm dokonuje spekulacyjnych zakupów, robiąc ogromne zapasy. Niektórzy chcą się w ten sposób zabezpieczyć przed podwyżkami cen, a inni liczą na ponadnormatywne zyski. Co o tym sądzisz?

Odradzam spekulację i to nie jest pobożne życzenie. Spekulacja ma znamiona toksyczności: jest jeden, który zyskuje, i wielu, którzy tracą. Regularny biznes pozwala czerpać korzyści wielu stronom jednocześnie. Poza tym spekulant wchodzi w pułapkę: trzyma wartościowy towar, żal mu go sprzedać po bieżącej cenie, i w efekcie nie realizuje kolejnych planów, psuje relacje z dystrybutorami, nadwyręża kontrakty z vendorami. A jeśli bańka pęka, zostaje z drogim towarem bez wsparcia. Zasada „kup tanio, sprzedaj drogo” jest oczywiście wbudowana w handel, ale nie na zasadach spekulacji, tylko przemyślanej, regularnej inwestycji.

Jak widzisz rozwój rynku w najbliższych trzech latach? Czy nadejdą jakieś poważne zmiany?

Z naszej perspektywy lokalnej zmienia się przede wszystkim szerokość portfolio. Jeszcze kilka lat temu oferowaliśmy znacznie więcej standardów – SATA, M.2, NVMe czy różne typy dysków serwerowych. Dziś widzimy wyraźne zawężenie i koncentrację na NVMe i dyskach zewnętrznych. To z pozoru mała zmiana, ale będzie redefiniować kanały sprzedaży. Co do pojemności, nie schodzimy poniżej jednego terabajta i nie szukamy tam biznesu. W końcu wysokie pojemności to też wyższe marże dla partnerów. Pytanie otwarte brzmi: jak długo ceny będą rosły? Jeśli trend się utrzyma, wtedy sprzedaż komputerów zacznie hamować i będą się wydłużały cykle wymiany sprzętu. Komputer może stać się terminalem dostępu do chmurowych usług AI, analityki, grafiki czy obróbki wideo w modelu subskrypcyjnym. Czy tak się stanie? Zobaczymy. Pamiętam rok 2013 i przepowiednie o śmierci laptopa. Tymczasem laptopy nie umarły, a smartfony i tablety wcale tego technologicznego wyścigu nie wygrały. Rynek sam się potrafi regulować.