Generowanie obrazu, nawet o jakości na poziomie zdjęć, na podstawie tekstowych poleceń (prompt) spowodowało zachwyty ludzi, którzy nie potrafią sami zrobić dobrego zdjęcia, fotomontażu czy realistycznej grafiki. Efekt? Internet zalały mniej lub bardziej głupie „zdjęcia”, wśród których nie brakuje pornografii i prób oszustwa (fejk). Dotyczy to także sekwencji wideo.

Na podstawie promptu AI generuje dowolne teksty. Takie, których autorzy tych promptów w większości sami nie potrafiliby stworzyć. Te teksty powstają z prędkością karabinu maszynowego i – podobnie jak wyżej wspomniane grafiki – zalewają internet. W ten sposób „zastąpiono” grafików, filmowców, fotografów, a teraz pojawiła się nowa możliwość: zastąpienia programistów. Mamy do czynienia z wysypem generatorów kodu, aplikacji, agentów itp. Co ciekawe, nadal nie pojawiają się nowe rozwiązania – po prostu lawinowo przybywa automatów, które nie wymagają niczego, bo automatyzacja nie jest projektowaniem, a jedynie naśladowaniem. Tak więc mamy automatyzowanie przewalania plików między dyskami sieciowymi, mejlami, Slackami itp. Niczego nie ulepszono, a jedynie zautomatyzowano.

Rok temu pewien sprzedawca chwalił się, że „sam sobie ogarnął CRM”, a co zrobił? Z pomocą „agentów” zautomatyzował przewalanie plików z miejsca w miejsce. Scenariusz, który zautomatyzował (pokazał to na LI) to było prawie 30 kroków. Zapytałem go, czy gdzieś to przemyślał i opisał? Odpowiedział jak większość deweloperów: po co, liczy się że działa, a nie jak działa, i że jemu jest dokumentacja niepotrzebna.

Jakiś problem? Żaden, do momentu gdy trzeba coś w tym zmienić. A co w przypadku, gdy jest to nie jedna osoba, a grupa lub cała firma? Wtedy okazuje się, że „system żyje własnym życiem”, wszyscy go używają, a nikt nie ma pojęcia jak i co ten system robi (podobnie jak większość użytkowników systemów ERP). Takich „innowacji” każdego dnia przybywają na świecie tysiące.

Zalewa nas masa „rozwiązań”, które są generatorami raportów, zbieraczami danych, przewalaczami plików z kupki na kupkę, pisarzami tego, czego sami nie potrafimy. Autorzy i wykonawcy tych „rozwiązań” powoli zapominają co, kiedy i jak zautomatyzowali. Uzależnienie rośnie. Kolejne osoby i firmy są uzależnione od „chmury”.

Czytam kolejne opisy dokonań „koderów bez kodowania” i nie znajduję nowych funkcji, za to pojawia się masa różnego rodzaju systemów, które „przepisują coś z jednego miejsca na drugie i filtrują”. Ludzie naprawdę uwierzyli, że herbata robi się słodka od samego mieszania. Ich zdaniem innowacja AI polega na tym, że zamiast trzymać łyżeczkę w dłoni i wywijać nadgarstkiem (to męczące), zaczęli herbatę mieszać z użyciem blendera.

Stary schemat  

Od lat obserwuję z boku pasmo wdrożeniowych porażek (niezmiennie 75 proc. projektów IT to porażki) i zawsze jest ten sam scenariusz:

  • pokazali coś fajnego (z reguły prosta automatyzacja),
  • podpisali umowę,
  • dostarczyli stos technologiczny,
  • ruszyło automatyzowanie bałaganu,
  • nie przybywa nowych funkcji, a jedyne, co się dzieje, to kolorowanie tych istniejących,
  • przybywa raportów: u jednego z klientów naliczyliśmy ich ponad sześćset po trzech latach pracy dewelopera, a w dniu audytu w użyciu na bieżąco było około 30-stu,
  • nadal nie ma walidacji dokumentów, których generowanie zautomatyzowano,
  • nadal nie ma potrzebnych integracji z powodu „niezgodności formatów” itp.,
  • nadal więc mamy stosy plików folderów, VPN-ów (bo praca w domu), mejli, Slacków, MIR itp.
  

Od ponad 30 lat obserwuję projekty nazywane „komputeryzacją” firm i organizacji. Zwracam uwagę na to, że nikt nie nazywa tego „kodyfikacją firm” (nie mówię tu o pracy prawników), bo ludzie używają komputerów, a nie kodu (którego zresztą nikt nie czyta). Co do tego wniosła AI? Zautomatyzowała to, nie ulepszając niczego. Drugi efekt: jeżeli ludzie robią coś ręcznie, to znaczy, że mają wiedzę jak to robią. Po zautomatyzowaniu tego ta wiedza u ludzi zanika, a rotacja kadr powoduje, że znika bardzo szybko. Do tej pory działo się to lokalnie i dość powoli: nieudokumentowane lokalne wdrożenia oraz kastomizowane ERP, dedykowany system od zera… Słowem, vendor lock-in w tej czy innej formie.

Czym jest to, co nazywamy AI? Obawiam się, że nadchodzi globalny vendor lock-in: za niedługo większość firm, od tych jednoosobowych do tych wielkich (ale nie Big Techów), stanie się niewolnikami własnej niewiedzy. Od dawna wiadomo, że dostawcy IT zarabiają na tym, że ich klienci nie wiedzą jak działa to czego używają, ale muszą tego używać. Model biznesowy vendor lock-in się sprawdził, na scenę wchodzą teraz prawdziwi gracze: dostawcy AI. Zanim jednak się wszyscy zorientują, o co w tym wszystkim chodzi, będzie za późno…

Jarosław Żeliński Jarosław Żeliński  

Autor jest dyrektorem operacyjnym i starszym inżynierem oprogramowania w JZ IT Consulting Limited.