Wraz z upowszechnieniem się smartfonów dostawcy systemów do zarządzania urządzeniami końcowymi musieli dostosować swoje rozwiązania do obsługi „inteligentnych” telefonów i wyznaczyć granice pomiędzy terminalami firmowymi oraz prywatnymi. Tym samym do istniejących już narzędzi, takich jak CMT (Client Management Tools), dołączyły kolejne: MDM (Mobile Device Management), Mobile App Management (MAM) czy Enterprise Mobility Management (EMM), a później UEM (Unified Endpoint Management). Ten podział staje się coraz bardziej nieczytelny dla klientów, tym bardziej, że część producentów wykorzystuje kategoryzację do celów marketingowych. Zresztą nawet niezbyt wnikliwa analiza funkcjonalności pokazuje, że funkcjonalności UEM i MDM są do siebie zbliżone, podobnie jak rodzaj obsługiwanych przez nie urządzeń.

– W naszej ocenie rozdrobnienie rynku jest pozorne. Wiele skrótów używa się jako synonimy lub po prostu błędnie. Preferujemy proste rozwiązania, dlatego dzielimy systemy na EMM oraz UEM. Te pierwsze skupiają się na ochronie i zarządzaniu urządzeniami mobilnymi, a komputery są w tym przypadku miłym dodatkiem. Na pecetach koncentrują się UEM-y, zaś smartfony i tablety stanowią jedynie dopełnienie. Wiem, że nie jest to podział zgodny ze sztuką, ale pozwala łatwo wytłumaczyć klientom występujące różnice – tłumaczy Piotr Kudrys, Product Owner w firmie Proget.

Wiele wskazuje na to, że rynek systemów do zarządzania urządzeniami końcowymi będzie ewoluował w kierunku unifikacji narzędzi. W zasadzie ten proces już się rozpoczął i niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości stosowana obecnie nomenklatura straci na znaczeniu. Nabywcy nie będą się zastanawiać czy potrzebują systemu UEM lub EMM, a może EMM i MDM z odrobiną MAM. Natomiast administratorzy odpowiedzialni za zarządzenie urządzeniami końcowymi skoncentrują się na priorytetowych funkcjach, takich jak obsługa aplikacji, zapewnienie bezpieczeństwa, skalowanie czy dostosowanie platformy do pracy w środowisku chmurowym bądź lokalnym.

UEM na ścieżce wzrostu

Analitycy śledzący rynek systemów do zarządzania urządzeniami końcowymi wysoko oceniają szanse rynkowe platform UEM. Przykładowo Grand View Research przewiduje, że w latach 2020–2027 ten segment rynku będzie rosnąć w tempie 32 proc. rocznie. Według analityków z MarketsandMarkets globalna wartość rynku UEM osiągnie w 2022 r. wartość 7 mld dol.

Potrzeba posiadania ujednoliconego rozwiązania do zarządzania komputerami, tabletami, smartfonami czy inteligentnymi gadżetami jest jednym z podstawowych czynników napędzających popyt na UEM. Zainteresowanie rośnie wraz ze wzrostem liczby urządzeń końcowych używanych przez pracowników. Nie bez znaczenia jest też przejście na hybrydowy tryb pracy. Forrester przewiduje, że do końca bieżącego roku połowa pracowników umysłowych będzie pracować zdalnie.

– Praca zdalna w znaczący sposób wpłynie na popyt na systemy do zarządzania „końcówkami”. Deloitte podaje, że w czasie pandemii Covid-19 liczba „inteligentnych” urządzeń wzrosła ponad dwukrotnie. Należy pamiętać, że w przypadku pracy zdalnej firma musi zabezpieczyć często tysiące biur zdalnych, zamiast jednej stacjonarnej placówki – tłumaczy Bartosz Leoszewski, CEO Famoc.

Ostatnimi czasy widać ruch w interesie, aczkolwiek dostawcy systemów UEM muszą pokonać kilka przeszkód, aby trafić do szerszego grona odbiorców. Do najpoważniejszych barier hamujących sprzedaż należą koszty związane z wdrożeniem platformy oraz brak świadomości na temat korzyści płynących z tego tytułu. Na rodzimym rynku dodatkowym problemem jest tzw. dług technologiczny. Wiele firm korzysta z przestarzałych systemów operacyjnych, a systemy UEM w takim przypadku nie wykorzystują w pełni wszystkich swoich możliwości. Szkoda, bowiem nowoczesne platformy mają dużo do zaoferowania swoim użytkownikom. Przy czym, o ile dostawcy dość swobodnie definiują zadania stawiane przed systemami UEM, o tyle agencje badawcze starają się być w tym przypadku bardziej precyzyjne. Według IDC systemy tej klasy powinny – oprócz obsługi komputerów – realizować podstawowe funkcje dostępne w MDM-ach czy MAM-ach. Do tego dochodzą też usługi bezpieczeństwa w postaci DLP (Data Loss Prevention), ograniczenia kontroli dostępu do plików oraz PIM (Product Information Management).

Choć systemy UEM cały czas ewoluują w kierunku nowych przypadków użycia i zadań związanych z zarządzaniem, wymienione powyżej możliwości to zdaniem IDC jedynie niezbędne minimum. Analitycy zauważają również, że platformy UEM, dzięki szerokiemu wglądowi na punkty końcowe i aktywność użytkowników końcowych, stają się centralnym punktem gromadzenia i analizy danych dotyczących zachowania pracowników, wzorców użytkowania urządzeń, aplikacji i danych, a także analizy wydajności i dostępności oprogramowania. IDC twierdzi, że systemy UEM oferujące szerokie możliwości w zakresie analityki i raportowania zyskają przewagę nad produktami, które nie koncentrują się na tych zagadnieniach.

– Przewrotnie można powiedzieć, że potrzeba kontroli jest jednym z czynników napędzających sprzedaż UEM. Wielu menadżerów chce dokładnie wiedzieć co robią ich pracownicy, kontrolować ich aktywność, obecność, sprawdzać jakie strony odwiedzają, zamiast rozliczać ich z efektów – zauważa Bogdan Lontkowski, dyrektor regionalny na Polskę, Czechy, Słowację i kraje bałtyckie w firmie Ivanti.

Platformy dla mobilnych

Dostawcy systemów do zarządzania flotą przenośnych terminali muszą nadążać za dynamicznymi zmianami zachodzącymi w mobilnym świecie. Jak do tej pory radzą sobie na tym polu całkiem nieźle. Takie produkty jak MDM, EMM czy MAM realizują szeroką gamę funkcji stojących na straży urządzeń, aplikacji, a także danych. Choć miejsce wymienionych produktów próbują zająć systemy UEM, to w oczach wielu klientów nadal stanowią one podstawowe filary zarządzania mobilnością. Niepośledni wpływ na taki stan rzeczy ma nie tylko liczba używanych smartfonów, ale także ilość przetwarzanych danych – w ciągu miesiąca jest to około 10 GB.

– Małe i średnie firmy zgłaszają zapotrzebowanie na systemy MDM, natomiast większe przedsiębiorstwa zazwyczaj szukają rozszerzeń do tego typu platform. Chcą zarządzać smartfonami, tabletami oraz komputerami za pośrednictwem tej samej konsoli – przyznaje Mikołaj Sikorski, New Business Developer w Dagmie.

Systemy MDM wdraża się w celu egzekwowania zasad na urządzeniach należących do firmy, aczkolwiek działają one również w trybie BYOD. Produkty z tej grupy oferują różnego rodzaju zabezpieczenia, w tym szyfrowanie urządzeń, silny kod PIN, blokadę ekranu smartfona po określonym czasie bezczynności czy zdalne czyszczenie urządzenia mobilnego w przypadku jego zgubienia lub kradzieży. Ponadto realizują takie funkcje jak lokalizacja terminali, kontrola i zarządzanie aplikacjami. Według badań przeprowadzonych przez MarketsandMarkets, wartość branży MDM, która w 2017 r. wynosiła 1,69 mld dol., wzrosła do 4,3 mld dol. w roku 2020 r., a w 2025 r. ma osiągnąć poziom 15,7 mld dol. Ten skok jest oczywiście w dużej mierze napędzany wykładniczym wzrostem liczby pracowników mobilnych.

Nieco mniej popularnymi rozwiązaniami niż systemy MDM są MAM-y, które koncentrują się przede wszystkim na poziomie aplikacji, dzięki czemu pracownicy mogą wykonywać zadania robocze na urządzeniach prywatnych. Jednakże granice pomiędzy rozwiązaniami MDM i MAM są coraz bardziej płynne. Wcześniej oba systemy były sprzedawane jako oddzielne produkty, a obecnie często wchodzą w skład standardowego wyposażenia platform EMM lub UEM. Eksperci zauważają, że EMM jest systemem, który powinien sprawdzić się w przypadku firm rozważających uruchomienie wirtualnej infrastruktury mobilnej oraz rozwijających projekty bazujące na dostępie zdalnym oraz chmurze publicznej.

Jak zarządzać przedmiotami IoT?

Przedsiębiorcy zaczynają powoli doceniać wartość urządzeń IoT oraz elektronicznych gadżetów noszonych na ciele. Ale zarządzanie tą grupą produktów, a także ich zabezpieczenie w taki sam sposób jak resztę firmowych urządzeń, stanowi wyzwanie, chociażby ze względu na ich duże zróżnicowanie. Można przytaczać setki przykładów działania przedmiotów IoT w biznesie, od prostych – takich jak pomiary temperatury czy wilgotności – aż po czujnik wagi do podeszew butów, który wibruje, gdy pracownik podnosi zbyt ciężki ładunek. Oczywiście część dostawców UEM deklaruje obsługę urządzeń IoT. Jednakże obejmuje ona najbardziej popularne rozwiązania, takie jak wyświetlacze nagłowne czy smartwache. Zdecydowanie gorzej przedstawiają się możliwości w zakresie zarządzania urządzeniami adresowanymi dla sektora medycznego czy specyficznymi produktami branżowymi.

– Różnorodność urządzeń i systemów, w oparciu o które działają, jest za duża, żeby było możliwe podłączenie całego IoT pod jedną konsolę dla administratora. Myślę, że jak zaczniemy przechodzić z etapu boomu do standaryzacji, wówczas pojawią się techniczne możliwość zarządzania, a nie tylko katalogowania, jak to najczęściej obecnie wygląda – przyznaje Piotr Kudrys.

Swojej szansy w powstałej niszy szukają mniejsi gracze, tacy jak angielska firma Augmate oferująca platformę do zarządzania urządzeniami IoT. Na liście obsługiwanych przedmiotów znajdują między innymi okulary RealWear sterowane głosem, okulary przemysłowe Vuzix M400 czy też Pico G2. Augmate współpracuje z urządzeniami z systemem iOS i Android, ale nie zarządza komputerami stacjonarnym i laptopami. Administratorzy IT mogliby potencjalnie połączyć Augmate z tradycyjnym narzędziem do zarządzania „końcówkami”, ale posiadanie oddzielnych konsoli prowadzi do komplikacji. Tak czy inaczej, tego typu wynalazki zamiast do unifikacji prowadzą do dalszego rozdrabniania rynku.

Dylematy sprzedawców

Integratorzy oferujący systemy do zarządzania urządzeniami końcowymi powinni rozpoczynać proces sprzedaży od zrozumienia strategii cyfrowej klienta oraz miejsca przechowywania i dostępu do jego danych. Tyle teoria, co innego praktyka. Piotr Kudrys przyznaje, że partnerzy działają bardzo różnie. Część skupia się na szybkiej sprzedaży małym i średnim firmom, inni preferują zaawansowane projekty wraz z pakietem usług wdrożeniowych. Jednak z obserwacji Progetu wynika, że najwięcej sprzedaje się prostych rozwiązań uruchamianych praktycznie od ręki. Dzieje się tak, ponieważ przedsiębiorcy zazwyczaj potrzebują rozwiązania „na wczoraj”.

Zdaniem Bogdana Lontkowskiego przebieg procesu sprzedaży zależy w znacznym stopniu od kompetencji sprzedawców. Klasyczni resellerzy preferują rozwiązania pudełkowe, bowiem nie mają wystarczającej wiedzy, aby zaproponować klientowi coś więcej. Natomiast integratorzy wybierają projekty, gdzie pojawiają się możliwości uzyskania dodatkowych przychodów ze sprzedaży usług.

Nie bez znaczenia jest fakt, że łatwiej jest u nas znaleźć odbiorców prostszych systemów aniżeli zaawansowanych kombajnów. Nie ma w tym więc nic dziwnego, że resellerzy wychodzą naprzeciw potrzebom lokalnego rynku.

– Resellerzy, a także integratorzy wykazują największe zainteresowanie systemami EMM, ponieważ większość klientów nie jest w stanie w pełni wykorzystać wszystkich możliwości UEM. Zakres funkcjonalności oferowany przez rozwiązanie EMM w zupełności im wystarcza – tłumaczy Bartosz Leoszewski.

Osobną kwestią pozostaje sprzedaż MDM, UEM czy EMM jako SaaS. Wprawdzie niektórzy dystrybutorzy, w tym między innymi Dagma, mocno stawiają na model usługowy, ale wielu rodzimych resellerów oferuje rozwiązania wdrażane w środowisku lokalnym, zresztą tak jak w wielu innych segmentach rynku nowych technologii. Bogdan Lontkowski ubolewa nad takim stanem rzeczy.

– Odnoszę wrażenie, że lada moment małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie zatrudniają informatyków, bądź ich zespoły IT są mocno okrojone, będą poszukiwać rozwiązań UEM dostarczanych przez zewnętrznych usługodawców – mówi Bogdan Lontkowski.

Być może jest to rzeczywiście właściwy  moment dla integratorów, aby przygotować się do nowego rozdania i włączyć do walki o rynek, rozszerzając swoje portfolio nie tylko o systemy obsługujące okulary, ale również usługi.

Zdaniem specjalisty

Jerzy Adamiak, Storage Systems Consultant, Stovaris  

Praca w trybie zdalnym nieco komplikuje możliwości zarządzania urządzeniami końcowymi. Wiadomo, że środowisko domowe jest mniej bezpiecznie niż lokalne biura. Dlatego też dużego znaczenia nabiera odpowiednie zabezpieczenie zdalnych komputerów przed potencjalnymi atakami i włamaniami. W tym przypadku z pomocą może przyjść oprogramowanie nie tylko zarządzające urządzeniami końcowymi, ale również dbające o aktualizacje systemów operacyjnych i operacji użytkowych. Pierwszorzędną cechą jest automatyczne wprowadzanie poprawek, niezależnie od woli użytkownika. Badania jednoznacznie pokazują bowiem, że to właśnie użytkownik stanowi największe zagrożenie dla bezpieczeństwa informacji.

  
Sebastian Kisiel, Senior Sales Engineer, Citrix Systems  

Do kluczowych czynników napędzających popyt na systemy do zarządzania urządzeniami końcowymi należy zaliczyć coraz większą dojrzałość rynkową produktów, a także nieprzewidziane sytuacje, takie jak pandemia. Wzrost liczby zdalnych pracowników wygenerował zapotrzebowanie na rozwiązania, które są w stanie zdalnie skonfigurować i zabezpieczyć urządzenia dostępowe. Innym czynnikiem jest zmiana pokoleniowa pracowników. Młode pokolenia żyją z cyfrowymi technologiami od najmłodszych lat. Chcą z nich również korzystać w pracy, aby utrzymać odpowiednią efektywność i satysfakcję ze sposobu wykonywania swoich zadań. To też pokazuje nasze ostatnie badanie, z którego wynika, że 44 proc. badanych oczekuje w pracy elastyczności co do wyboru urządzeń, ilości czasu poświęcanego na wykonywanie poszczególnych zadań oraz preferowanych godzin, w których są one realizowane.

  
Mikołaj Sikorski, New Business Developer, Dagma  

Zdalna praca wiąże się z nowymi wyzwaniami dla działów IT. Jednym z największych jest zarządzanie urządzeniami końcowymi, które może być utrudnione, kiedy pracownik znajduje się poza siedzibą firmy. Najlepszym i najprostszym rozwiązaniem tego problemu jest wdrożenie systemów MDM lub UEM. Firmy wykazują rosnące zainteresowanie tymi produktami od dwóch lat. O wyborze platformy do zarządzania punktami końcowymi najczęściej decydują trzy czynniki: zabezpieczenie terminali, uzyskanie wyższej produktywności w zarządzaniu flotą urządzeń oraz kontrola nad aplikacjami zainstalowanymi na smartfonach, tabletach i komputerach.

  
Sebastian Wąsik, Country Manager, baramundi software  

Rozproszenie infrastruktury informatycznej firmy, w postaci służbowych laptopów i smartfonów lub prywatnych urządzeń z zainstalowanymi biurowymi aplikacjami, staje się sporym wyzwaniem dla administratorów. Tracą oni bowiem bezpośredni dostęp do punktów końcowych. Ta sytuacja powoduje zwiększenie zapotrzebowania na systemy do ujednoliconego zarządzania punktami końcowymi, ułatwiające zdalne zarządzanie firmową infrastrukturą. Te rozwiązania, jak sama nazwa wskazuje, powstały w celu unifikacji procesu zarządzania całą infrastrukturą informatyczną firmy. W związku z tym dobry system UEM łączy w sobie cechy MDM, ITAM, MAM czy EMM, zapewniając jednolitą platformę do zarządzania. Jesteśmy zdania, że właśnie to podejście stanie się standardem na rynku.