Po latach bezwzględnej dominacji strategii cloud first nadszedł wyraźny zwrot akcji. Coraz więcej firm docenia zalety środowisk lokalnych i decyduje się na sprowadzenie przynajmniej części zasobów z chmury publicznej z powrotem do siebie. Raport firmy Flexera z 2025 r. jednoznacznie potwierdza ten trend: około 20 proc. obciążeń przeniesionych pierwotnie do chmury publicznej zostało już wycofanych do środowisk prywatnych lub lokalnych (choć migracja nowych zasobów wciąż trwa). Z kolei badanie „Private Cloud Outlook 2025” (Broadcom/Illuminas) wskazuje, że dla 53 proc. respondentów to chmura prywatna będzie głównym priorytetem przy wdrażaniu nowych obciążeń w ciągu najbliższych trzech lat. Co więcej, aż 69 proc. firm rozważa powrót z chmury publicznej do prywatnej, a jedna trzecia już ten krok wykonała. Wniosek jest prosty: klienci biznesowi odchodzą od ślepego podążania za modą.

– Podejście typu cloud-first zostaje zastępowane przez pragmatyczne cloud-appropriate. Zgodnie z tą logiką każde obciążenie trafia tam, gdzie opłaca się to najbardziej, pod kątem kosztów, wydajności oraz wymogów regulacyjnych. Repatriacja to po prostu optymalizacja wewnątrz rosnącego rynku, a nie jego kurczenie się – tłumaczy Krzysztof Łabanowski, IT Integration Manager w  IT Solution  Factor  

Finansowy zimny prysznic

Dostawcy usług chmurowych kuszą niskim progiem wejścia. Na papierze oferty wyglądają atrakcyjnie, jednak z czasem rachunki rosną do rozmiarów, które spędzają sen z powiek dyrektorom finansowym (CFO). Gartner i Flexera szacują, że firmy marnują średnio od 28 do nawet 32 proc. swoich budżetów chmurowych. W skali globalnej oznacza to dziesiątki miliardów dolarów wyrzuconych w błoto. Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów odwrotu jest amerykańska firma 37signals. Jej roczne rachunki za chmurę sięgały 3,2 mln dol. Po podjęciu decyzji o repatriacji firma kupiła własne serwery za 1,5 mln dol. Efekt? W ciągu pierwszych dwóch lat zaoszczędziła 7 mln dol., a jej wydatki operacyjne spadły o ponad 80 proc.

Pułapka o nazwie „Egress Fees”

Dla architektów IT jedną z najbardziej zdradliwych pułapek finansowych w kontekście chmury są opłaty za transfer danych wyjściowych (egress). Hiperskalerzy z reguły nie pobierają opłat za przesyłanie danych do swojej chmury, ale nakładają drakońskie stawki za każdy gigabajt, który ją opuszcza. Przykładowo: wytransferowanie 10 TB danych z AWS to koszt rzędu 912,60 dol. Dla porównania fizyczny dysk o takiej pojemności kosztuje zaledwie 150–200 dol. To oznacza, że jednorazowy transfer kosztuje więc więcej niż sam nośnik…

– Pierwszego rachunku za chmurę nikt uważnie nie czyta. Trzydziesty wywołuje już pilne spotkanie zarządu. Ekonomia odwraca się w momencie, gdy zbiór danych przekracza kilkaset terabajtów, a obciążenie staje się przewidywalne. W praktyce oznacza to, że co 4–6 miesięcy firma płaci czynsz za sprzęt, który mogłaby po prostu kupić na własność. Pamięć masowa to obszar, w którym ten absurd widać najwcześniej. Dane nieustannie rosną, w przeciwieństwie do mocy obliczeniowej, którą w weekendy można przecież skalować w dół” – wyjaśnia Beyhan Caliskan, CEO NGX Storage.

Winą za astronomiczne rachunki nie zawsze można obarczać wyłącznie dostawców. Najczęstszym grzechem samych klientów jest przeszacowanie zasobów. Niemałe koszty generują też „zasoby zombie”, porzucone bazy danych, dyski czy wirtualne karty sieciowe, o których projektanci dawno zapomnieli, a usługodawca wciąż je rozlicza. Nie można przy tym pominąć kolejnego czynnika, niezależnego zarówno od użytkowników, jak i dostawców: rosnącego wolumenu danych. Ruch sieciowy, który przy mniejszej skali generował niewielkie koszty, przy większym wolumenie potrafi prowadzić do drastycznych, nieoczekiwanych opłat.

Enshittification, czyli droga donikąd  

W 2022 r. Cory Doctorow ukuł termin „enshittification”, opisujący charakterystyczny cykl degradacji platform internetowych i usług cyfrowych. Za modelowy przykład posłużyła mu platforma handlowa Amazona. Autor rozwinął tę koncepcję w wydanej w 2025 r. książce „The Enshittification”, opisując mechanizm bardziej szczegółowo: platformy, za pomocą efektów sieciowych i kosztów, robią z użytkowników „zakładników”, a słabnąca konkurencja i mało skuteczne regulacje antymonopolowe pozwalają im robić to bezkarnie.

Cały proces składa się z trzech faz. W pierwszej usługodawca oferuje realną wartość, by przyciągnąć jak najwięcej użytkowników. W drugiej klienci są już „zablokowani” i trudno im przejść do konkurencji – platforma zaczyna działać na korzyść sprzedawców, reklamodawców i innych partnerów biznesowych. W trzeciej, ostatniej fazie, dostawca zaczyna wyciskać wartość również z tych partnerów, kierując zyski wyłącznie do siebie i swoich akcjonariuszy, aż usługa staje się gorsza dla wszystkich stron.

Cory Doctorow nie odnosił się wprost do chmury publicznej, ale jego koncepcja przynajmniej częściowo pasuje do działań hiperskalerów. AWS, Azure i GCP przez lata kusiły darmowym lub tanim wejściem do chmury – łatwą migracją, elastycznością, darmowym wgrywaniem danych na wszystkich trzech platformach. Opłaty za wyprowadzanie danych z chmury publicznej to z kolei niemal podręcznikowy przykład tego, co Doctorow nazywa „trapped users” – efekt sieciowy i koszty przełączenia trzymają klienta w miejscu, nawet gdy warunki się pogarszają. Jednym słowem: łatwo wejść, trudno wyjść.